Cisza na dachu, gdy w końcu pocałowałaś najlepszego przyjaciela
W opuszczonym wieżowcu wiedźma Roxanne i pół-smok Warrick w końcu dają upust pożądaniu i ostro się obściskują na dachu.
Dach opuszczonego wieżowca na obrzeżach magicznego Krakowa pachniał starym betonem, deszczem i czymś ostrzejszym — ozonem, który zostawiała po sobie magia. Roxanne stała z bosymi stopami na ciepłej od resztek zaklęć powierzchni, wiatr smagał jej ciemne włosy, a wokół nich unosiła się kopuła absolutnej ciszy. Właśnie ją rzuciła. Szeptem. Tylko szeptem, bo to była jej specjalność: wiedźma, która potrafiła ukraść dźwięk światu.
Warrick stał metr od niej, szeroki, wysoki, z ramionami, które od lat patrzyły na nią zbyt długo. Dwudziestosześcioletni pół-smok. Czasem, kiedy emocje go brały, czarne, ciepłe łuski wychodziły mu na skórze — na przedramionach, na szyi, wzdłuż mostka. Teraz ledwo je widać było pod cienką koszulą, ale Roxanne czuła ich gorąco nawet z odległości. Od miesięcy to gorąco spało jej pod powiekami. Marzyła o tym, żeby wreszcie przyłożyć dłoń do tych łusek, poczuć, jak pulsują jego smoczym ogniem, jak on sam drży, kiedy ona — tylko ona — potrafi go ugasić albo rozpalić jeszcze mocniej.
— Nikt nas nie usłyszy — powiedziała cicho, choć i tak nikt nie mógł. Kopuła ciszy pochłaniała nawet oddech. — Nawet jeśli zaczniesz warczeć jak ostatni raz, kiedy o mało nie…
Nie dokończyła. Warrick uniósł wzrok. Oczy miał bursztynowe, z pionowymi źrenicami, które w półmroku kurczyły się i rozszerzały. Patrzył na nią tak, jak patrzy się na jedyne źródło wody po tygodniach w piekle. Od lat byli najlepszymi przyjaciółmi. Razem włamali się do trzech zakazanych bibliotek, razem uciekali przed łowcami, razem spali w namiocie w Beskidach, kiedy magiczna burza zmiotła szlak. A od co najmniej dwóch lat każdy taki moment kończył się tym samym: napięciem, które wisiało między nimi jak naelektryzowana mgła.
Roxanne przełknęła ślinę. Miała dwadzieścia cztery lata i wystarczająco dużo magii w żyłach, żeby wiedzieć, kiedy coś pęka. Szepnęła zaklęcie ciszy jeszcze mocniej. Kopuła zgęstniała, magia wokół nich zrobiła się lepka, ciężka, pachnąca pożądaniem. Ich spojrzenia zderzyły się. Warrick odchylił głowę, a na jego szyi pojawiły się pierwsze ciemne łuski — gorące, lśniące.
— Od lat chcę cię dotykać — wyszeptał. Głos miał niski, chropawy, jakby już walczył z ogniem w gardle. — Nie jak przyjaciółka. Jak ty. Chcę czuć twoje szeptane zaklęcia na skórze, kiedy będziesz mokra. Chcę, żebyś wzięła ten ogień, który we mnie siedzi, i… kurwa, Roxanne. Chcę ciebie.
Nie uciekła. Zrobiła krok. Potem drugi. Chwyciła go za koszulę obu dłoniami, materiał zszedł w dół, odsłaniając klatkę, na której łuski już się zbierały w ciemne pasy. Poczuła pod palcami ciepło — prawdziwe, smocze, nie ludzkie.
— Też tego pragnę — powiedziała wyraźnie, patrząc mu prosto w oczy. — Świadomie. Teraz. Chcę twoich łusek na moim ciele. Chcę twojego języka. Chcę tego grubego kutasa, o którym myślę, jak się ruchałam w nocy, wyobrażając sobie, że to ty mnie pieprzysz na tym dachu. Wybieram to. Z tobą.
Pierwszy pocałunek był jak wybuch. Warrick schylił się, wziął jej twarz w dłonie i wcisnął usta w jej usta z taką siłą, że Roxanne jęknęła mu prosto w gardło. Jego język był rozwidlony — długi, giętki, gorący. Owinął się wokół jej języka, zlizał podniebienie, wślizgnął się głębiej, smakując ją tak, jak smakuje się ofiarę, której się nie zabija, tylko bierze. Roxanne odpowiedziała z tą samą chciwością. Wsunęła ręce niżej, po brzuchu, po pasek spodni. Pod materiałem twardniał jego kutas — gruby, długi, pulsujący. Czuła pod palcami delikatne łuski na trzonie, jakby skóra sama chciała się zmienić, żeby dać jej więcej tarcia, więcej gorąca. Ucisnęła go przez spodnie. Warrick warknął jej w usta, a dźwięk zniknął w kopule ciszy, zostawiając tylko wibrację w jej kościach.
— Kurwa — westchnął, kiedy oderwali się na centymetr. — Czułaś to? Jak twardnieje dla ciebie?
— Czułam — odparła, a jej głos drżał od magii i pożądania. — I chcę więcej.
Pod gwiazdami, pod magiczną kopułą, która tłumiła wszystko oprócz ich oddechu i szeptów, Roxanne opadła na kolana. Beton gryzł jej skórę, ale olewała to. Rozpięła mu spięcie, ściągnęła materiał w dół. Kutas Warricka wyskoczył ciężki, ciemny u nasady, jaśniejszy ku żołędzi, pokryty drobnymi, ciepłymi łuskami, które lśniły w blasku księżyca. Był gruby — grubszy niż cokolwiek, co brała do ust wcześniej — i pulsował w rytm jego serca. Od czubka sączyła się już przezroczysta kropla. Roxanne pochyliła się i zlizała ją, a potem wzięła go głęboko.
Liżała łuski na żołędzi językiem, okrążała bruzdę, ssała główkę, aż Warrick warknął z rozkoszy — niski, zwierzęcy dźwięk, który cisza połknęła, ale ona i tak go poczuła w piersiach. Wsunęła go dalej, aż czubek uderzył o tylną ścianę gardła. Ślina spływała jej po brodzie, dłonie ściskały nasadę, kciuk gładził łuski u korzenia. Warrick wplotł jej palce we włosy, nie szarpiąc, tylko trzymając, jakby bał się, że odleci.
— Roxanne… jebać, tak — wyszeptał. — Ssij mnie. Twoje usta… gorące jak mój ogień. Głębiej. Chcę czuć, jak twoje gardło się zaciska.
Ssała. Ssła głęboko, mokro, z pełnym świadomym oddaniem. Co jakiś czas odsuwała się, żeby wziąć oddech i polizać łuski wzdłuż całego trzonu, czując, jak pod językiem drżą. Magia ciszy gęstniała wokół nich jeszcze mocniej — jej własne pożądanie karmiło zaklęcie. Między nogami miała już mokro, majtki kleiły się do cipki, sutki twarde od tarcia bluzki. Myślała tylko o tym, że wreszcie ma go w ustach, że wreszcie te łuski są jej, że wreszcie nie muszą udawać, że są tylko przyjaciółmi.
Warrick wyciągnął ją nagle do góry, zanim zdążył dojść. Pocałował ją znowu, smakując siebie na jej języku, a rozwidlony koniec owijał się wokół jej warg jakby chciał ją oznaczyć. Dłonie zsunął jej pod bluzkę, znalazł piersi, ścisnął sutki, a potem jedną ręką wsunął się między jej uda.
— Twoja kolej — warknął jej do ucha, głos już prawie smoczy. — Chcę liżyć cię, aż będziesz szeptać moje imię w tę ciszę. Chcę wejść w ciebie na tym dachu i poczuć, jak twoja cipka bierze moje łuski. Ale najpierw…
Ułożył ją na krawędzi niskiego murku, rozchylił jej uda, ściągnął majtki jednym ruchem. Roxanne była lśniąca, spuchnięta, gotowa. Warrick klęknął między jej nogami, a jego rozwidlony język musnął najpierw wewnętrzną stronę uda, potem wyżej — i wślizgnął się między fałdy, liżąc ją głęboko, gorąco, z tą samą chciwością, z jaką ona ssała go przed chwilą. Roxanne odchyliła głowę do gwiazd i jęknęła, a dźwięk zniknął w kopule, zostawiając tylko drżenie w powietrzu.
Jego język wił się wokół łechtaczki, wsuwał się do środka, smakował ją tak, jak smakuje się coś, na co czekało się latami. Dłonie trzymały jej biodra, łuski na jego przedramionach piekły przyjemnie zimną skórę. Roxanne wplotła mu palce we włosy i uniosła biodra, dając mu więcej, biorąc więcej. Myślała, że zaraz pęknie, że magia ciszy zaraz eksploduje od tego, jak mocno chce, żeby wreszcie wszedł w nią cały — gruby, łuskowaty, gorący.
Warrick uniósł głowę, usta lśniące od niej, oczy prawie całkiem smocze.
— Jeszcze nie — wyszeptał. — Najpierw chcę cię usłyszeć, nawet w tej ciszy. Chcę, żebyś powiedziała, jak mocno chcesz tego kutasa w sobie. A potem… wtedy dopiero cię pieprzę, aż zapomnisz, jak się rzuca zaklęcia.
Roxanne złapała go za ramiona, przyciągnęła bliżej, poczuła, jak jego twardy kutas znów ociera się o jej mokre uda. Napięcie nie opadło. Tylko gęstniało. Kopuła ciszy trzymała ich w bańce, gwiazdy patrzyły, a na dachu opuszczonego wieżowca w magicznym Krakowie najlepsza przyjaciółka i pół-smok dopiero zaczynali brać to, czego oboje pragnęli od miesięcy — świadomie, głośno w szeptach, bez uciekania.
Warrick wsunął dwa palce w jej cipkę, rozciągając ją powoli, a kciuk masował łechtaczkę. Roxanne zacisnęła się wokół nich i warknęła mu prosto w usta, kiedy znów się pocałowali. Jeszcze nie skończyli. Dopiero się rozkręcali.
Warrick wsunął palce głębiej, rozciągając ją powoli, a Roxanne zacisnęła się wokół nich z głośnym, choć niesłyszalnym jękiem. Jego kciuk tarł łechtaczkę w kółko, szorstki od drobnych łusek, które właśnie wyrosły mu na skórze dłoni. Pocałował ją znowu, rozwidlony język wślizgnął się jej aż do gardła, smakując własny ogień mieszający się z jej śliną. Roxanne wpiła się w jego ramiona, paznokcie wbiły się w ciemne pasy łusek na barkach — gorące, twarde, pulsujące.
— Chcę go — wyszeptała mu w usta, kiedy oderwali się na milimetr. Głos drżał od magii i mokrej chuci. — Chcę tego grubego, łuskowatego kutasa w cipce. Teraz. Wbij go we mnie na tym chujowym dachu, aż zapomnę własne imię.
Warrick warknął — dźwięk zniknął w kopule, ale wibracja przeszła jej przez kości. Wyciągnął palce, oblizał je tym rozwidlonym językiem, smakując jej soki jak smok smakuje ofiarę. Potem chwycił ją za biodra, przewrócił na brzuch na niskim murku, tak że piersi przycisnęły się do ciepłego betonu, a tyłek wystawiła mu prosto pod gwiazdy. Rozchylił jej pośladki dłonią, kciukiem przeciągnął po mokrej szparce, zbierając wilgoć.
— Patrz, jak ci cieknie — warknął nisko. — Twoja cipka już się ślini na mój kutas. Zaraz wezmę cię całą, Roxanne. Będziesz brała każdy centymetr tych łusek.
Przysunął się, żołądź otarła się o jej wargi sromu, gorąca, twarda, pokryta drobnymi, lśniącymi łuskami. Roxanne odepchnęła się biodrami do tyłu, szukając go chciwie. On nie kazał czekać. Wbił się jednym, powolnym, nieustępliwym pchnięciem. Gruby trzon rozciągał ją szeroko, łuski tarły o ścianki, dając piekielnie dobre, szorstkie tarcie. Weszło głęboko — aż po jaja — i Roxanne otworzyła usta w milczącym krzyku, magia ciszy wessała dźwięk, ale jej ciało drżało jak w gorączce.
— Jebać… jakie grube — sapnęła, paznokcie wbijając w beton. — Ruszaj się. Pieprz mnie. Chcę czuć, jak te łuski drą mnie od środka.
Warrick chwycił ją za biodra, pazury (już prawie smocze, czarne i ostre) wbiły się lekko w skórę, nie raniąc, tylko trzymając. Zaczynał pompować. Najpierw wolno, głęboko, wyciągając się prawie do końca, żeby łuski na żołędzi musnęły jej wejście, a potem wbijając się z hukiem bioder. Każde pchnięcie spychało powietrze z jej płuc. Jego kutas pulsował w środku, gorący jak węgiel, a drobne łuski na trzonie skrobały jej gąbczaste ścianki w sposób, od którego oczy zachodziły jej mgłą. Roxanne pchała się na niego, bierząc wszystko, cipka cmokała mokro wokół niego, soki spływały po jej udach i po jego jajach.
— Ssij mnie cipką — warknął jej nad uchem, nachylając się, rozwidlony język liżąc jej kark, ucho, potem wsuwając się do ust z boku. — Zaciskaj się. Chcę czuć, jak twoja dziura żre moje łuski.
Robiła to. Zaciskała się rytmicznie, masażując go od wewnątrz, a on pieprzył coraz mocniej, coraz szybciej. Beton gryzł jej sutki, wiatr smagał spocone plecy, a kopuła ciszy gęstniała od ich pożądania, aż magia stała się lepka jak ich ciała. Warrick wsunął dłoń pod spód, znalazł łechtaczkę i tarł ją dwoma palcami w takt pchnięć. Roxanne dygotała, orgazm budował się jak burza — nagle, brutalnie.
Doszła z otwartymi ustami, bez dźwięku, tylko z drżeniem całego ciała. Cipka zacisnęła się w konwulsjach wokół jego kutasa, mleko spływało po łuskach, a ona szarpała biodrami, biorąc go jeszcze głębiej w trakcie skurczów. Warrick nie zwolnił. Pieprzył ją przez orgazm, wykorzystując każdy skurcz, aż wyciągnął się nagle, przewrócił ją na plecy na murku i wbił się znowu, twarzą w twarz.
Jej nogi owinęły się wokół jego bioder. On wziął ją pod kolana, rozchylił szerzej i wpierdalał się w nią z całej siły. Łuski na jego piersi tarły o jej sutki, gorące, twarde. Rozwidlony język wślizgnął się jej między wargi, a ona ssała go chciwie, jak przed chwilą ssała kutasa. Między nimi było mokro, głośno w ich kościach, brudno.
— Jeszcze — sapnęła, patrząc w jego bursztynowe, smocze oczy. — Pieprz mnie, aż zacznę sikać na ten kutas. Chcę twojego spermy w środku, na łuskach, wszędzie. Wbij mi te jaja aż do dna.
Warrick zaśmiał się chrapliwie, dźwięk zniknął, ale wibracja przeszła jej przez cipkę. Zmienił kąt, uderzając za każdym razem w ten punkt głęboko w środku, od którego wizja jej pływała. Łuski na jego trzonie nabrzmiały jeszcze bardziej od gorąca, dając dodatkowe tarcie. Roxanne doszła drugi raz, gwałtowniej, z drgawkami, soki tryskając mu na brzuch. On nie przestał. Wyciągnął się, odwrócił ją na bok, uniósł jedną nogę i wbił się znowu, boecznie, tak że łuski skrobały jej przednią ściankę bez litości.
Pompował jak zwierzę. Pot spływał im po skórze, magia ciszy trzęsła się od napięcia. Roxanne sięgnęła w dół, obmacała miejsce, gdzie jego gruby kutas znikał w jej rozciągniętej, czerwonej dziurze, poczuła łuski ślizgające się w i out, mokre od niej. Wsunęła mu palce do ust, kazała ssać, a on lizał je rozwidlonym językiem, smakując ich wspólne soki.
— Biorę cię — warknął, głos już prawie nie ludzki. — Twoja cipka jest moja na tym dachu. Zaciskaj się, bo zaraz napełnię cię smoczym spustem.
Przyśpieszył do końca. Biodra klaskały o jej tyłek mokrym, brudnym dźwiękiem, który cisza pożerała. Roxanne czuła, jak jego kutas puchnie jeszcze bardziej, łuski stają się sztywniejsze. Wbił się po same jaja, zaryczał w jej usta i spuścił się. Gorąca, gęsta sperma biła w nią falami, wypełniając, wyciekając od razu wokół trzonu, spływając po łuskach i po jej udach na beton. On pompował jeszcze kilka razy, wciskając nasienie głębiej, aż wreszcie zwolnił, ale nie wyciągnął się.
Został w środku, twardy, pulsujący, a Roxanne zacisnęła się wokół niego ostatnim, leniwym skurczem, wyciskając resztki. Spoglądali na siebie, spoceni, brudni od soków i spermy, łuski na jego ciele lśniące w księżycu.
Warrick wyciągnął kutasa powoli, ze śliskim dźwiękiem. Gęsta, biała sperma wypłynęła z jej rozwartej, czerwonej cipki strumieniem, spływając po betonie dachu. Roxanne wsunęła tam palce, zbierała jego spust i wetknęła sobie do ust, ssąc głośno, patrząc mu w oczy.
A na koniec otarła resztę o jego jeszcze twardego, mokrego od niej kutasa i wyszeptała prosto w ciszę: — Następnym razem wjebiesz mi tę smoczą spermę prosto w dupę, aż będzie mi ciekać po udach przez cały dzień.
Rate this story
Popular Collections
Browse Categories