Written by AIEvery story here is written by an AI. Tell it what you want and it writes it for you →
AI smut writer →

Quentin zaprasza Errola do naszego łóżka

Mój facet zaprasza kumpla z siłowni, żeby nas obu zerżnął w naszym łóżku.

13 min read November 03, 2026New

Mam dwadzieścia osiem lat i od roku jestem z Quentinem w związku, który naprawdę działa. On ma trzydzieści jeden, ciało trenera, który dźwiga, a nie pozuje, i gębę zdolną powiedzieć najgorszą rzecz tak spokojnie, jakby zamawiał kawę. Ja, Bartek, cały dzień siedzę nad cudzymi fakturami, a wieczorem wracam do mieszkania, w którym od dwunastu miesięcy nie udajemy, że wystarczy nam jeden kutas na dwóch. Otwartość nie spadła nam z nieba. Usiedliśmy kiedyś przy tym samym stole i powiedzieliśmy sobie wprost: jeśli ktoś nas kręci, mówimy o tym, zanim ręce pójdą w spodnie. Żadnych gierek za plecami. Jeśli obaj chcemy, wchodzimy. Jeśli jeden nie chce, zostaje piwo i film.

Quentin czasem wracał z siłowni z tym szczególnym spojrzeniem. Znałem je. Mówił wtedy o Errolu. Dawny kumpel z treningów, dwadzieścia dziewięć lat, gej, fizjoterapeuta, który nie owija w bawełnę i nie udaje, że nie wie, jaki ma tyłek w przysiadzie. Quentin opowiadał o nim przy kolacji jak o zwykłej plotce, ale pod spodem słyszałem głód. W szatni ludzie milkli, kiedy Errol schodził spod prysznica. Quentin sam nigdy nie dotknął, bo bez zgody partnera nie ruszał takich rzeczy. Kiwałem głową i milczałem o tym, że od tych opowieści coś mi się przesuwa w spodniach. Nie umiałem nazwać, czy to zazdrość, czy chęć zobaczenia na własne oczy.

Errol przyszedł w czwartek, koło ósmej. Domofon, kroki na klatce, a kiedy otworzyłem, wypełnił framugę. Wyższy ode mnie, szerszy w barkach, w czarnej koszulce, która nie miała szans ukryć klaty. Uśmiechnął się jak facet, który wie, że jest oglądany, i nie ma z tym problemu.

— Bartek, nie? — Podał mi rękę. Suchą, mocną. — Quentin nie przesadzał. Masz ładną gębę.

— Wejdź. Piwo jest zimne.

Na stole stały trzy butelki. Otworzyliśmy je bardziej z przyzwyczajenia niż z pragnienia. Każdy upił łyk, może dwa. Nikt nie sięgał po drugą. Chciałem jasną głowę i widziałem to samo w ich oczach. Żadnego zamglenia, żadnego „a co mi tam”. Siedzieliśmy trzeźwi w salonie, a powietrze i tak gęstniało.

Quentin usiadł obok niego na kanapie, za blisko jak na kumpla i za swobodnie jak na kogoś, kto się jeszcze namyśla. Ja zająłem fotel naprzeciwko. Chciałem widzieć. Od pierwszej minuty mój facet nie udawał, że to zwykła wizyta. Śmiał się za głośno, kładł rękę na oparciu za karkiem Errola, pochylał się tak, że kolana im się stykały. Errol nie odsuwał się. Odpowiadał niskim głosem, patrzył Quentinowi w usta, a potem na mnie, jakby sprawdzał, czy mam problem. Nie miałem. Miałem coś zupełnie innego, gorące i niewygodne w jeansach.

— Dawno cię nie widziałem w szatni — powiedział Quentin. — Szkoda. Tam było na co popatrzeć.

— Nadal jest — odparł Errol i rozłożył się wygodniej. Udo drgnęło mu pod materiałem. — Tylko teraz patrzysz z kanapy, nie spod prysznica.

Quentin nie odpowiedział od razu. Położył mu rękę na udzie. Nie przy kolanie, nie tak, jak kładzie się dłoń kumplowi. Wyżej. Palce wsunęły się pod brzeg szortów, tam gdzie skóra jest cieplejsza i gdzie od razu czuć, czy facet udaje spokój. Errol nie udawał. Mięsień pod dłonią napiął się, a potem świadomie opadł, jak zaproszenie.

— Kurwa, Errol — Quentin powiedział to wprost, nie spuszczając ze mnie wzroku, żebym słyszał każde słowo — dawno nie widziałem tak apetycznego kutasa. Nawet przez materiał widać, że to bestia. Gruby. Ciężki. Aż mnie ręka świerzbi, żeby sprawdzić, czy nadal tak stoi, jak wtedy, kiedy wychodziłeś spod prysznica i udawałeś, że nie wiesz, że patrzę.

W salonie zrobiło się cicho. Słyszałem lodówkę i własne tętno. Errol uśmiechnął się kącikiem ust i nie odsunął uda. Quentin gładził go powoli, kciukiem, tuż obok miejsca, gdzie spodnie już się wybrzuszały. A mnie stanął. Nie delikatnie. Kutas twardniał mi w jeansach tak szybko, że musiałem poprawić nogę, i nawet to nie pomogło. Patrzyłem na dłoń mojego faceta na udzie innego mężczyzny i w głowie miałem już naszą sypialnię. Nasze łóżko. Pościel, którą rano sam poprawiałem. I tego dwudziestodziewięciolatka o barkach jak szafa, jak wchodzi w Quentina ostro, do końca, na naszych oczach, w naszym łóżku. Jak Quentin jęczy w materac, a ja widzę każdy centymetr tego kutasa znikający w jego dupie. Dostałem chuja na samą myśl. Aż mnie zapiekło.

Quentin to zobaczył. Zna mnie. Zerknął na moje krocze, na napięty materiał, i coś mu błysnęło w oczach. Nie zazdrość. Głód. Errol też patrzył. Oddychał ciężej. Widać było, że obaj tego chcą, że to nie żart rzucony, żeby sprawdzić, jak zareaguję. Quentin chciał być rżnięty. Errol chciał rżnąć. A ja, ku własnemu zaskoczeniu, chciałem to zobaczyć tak bardzo, że aż bolały mnie jaja.

— Bartek. — Quentin odwrócił się do mnie całym ciałem. Ręka została na udzie Errola. Patrzył mi prosto w oczy, bez uśmiechu, bez ściemy. — Chcę, żebyś powiedział to na głos, nie skinieniem. Chcesz zobaczyć, jak Errol mnie rżnie?

W gardle mi zaschło. Errol czekał. Szeroki uśmiech wszedł mu na twarz powoli, pewnie, jak u faceta, który już zna odpowiedź, ale i tak chce ją usłyszeć. Rozłożył nogi. Szeroko. Szorty opięły mu się na kroczu i nie było już wątpliwości. Zarys kutasa szedł w bok i w górę, gruby, twardy, tak długi, że czubek prawie dochodził do paska. Materiał ciągnął się na główce. Widać było żyłę. Widać było, że mu stoi na pełnej, nie na pół gwizdka.

— No — mruknął, patrząc to na mnie, to na własne krocze. — Macie oczy. Użyjcie ich.

Kiwnąłem głową, zanim ułożyłem zdanie. Potem i tak je ułożyłem, bo Quentin prosił o głos.

— Tak. Chcę. Kutas mi już stoi. Od dawna o tym fantazjuję. Że patrzę, jak bierzesz kogoś tak dobrze zbudowanego. Że widzę, jak cię ktoś taki wali w dupę w naszym łóżku, a ja nie muszę sobie tego wyobrażać. Errol wygląda dokładnie jak ta fantazja. Chcę to zobaczyć. I chcę w tym być, jeśli wy też chcecie.

Quentin wypuścił powietrze, jakby czekał na te słowa od miesięcy.

— Chcę — powiedział od razu. — Chcę, żeby mnie wyruchał. Przy tobie. W naszym łóżku. I chcę twojego kutasa w ustach, kiedy będzie we mnie.

Errol przesunął dłonią po wybrzuszeniu, bez wstydu, i spojrzał na nas obu.

— Ja też chcę. Obu. — Uśmiechnął się szerzej. — Quentina w dupę, ciebie na oczach, zero ściemy. Jeśli któryś powie stop, staję. Jeśli nie, rżnę go tak, jak na to zasługuje ten tyłek. Zgoda?

— Zgoda.

— Zgoda — powtórzył Quentin.

Wstaliśmy bez dalszego gadania. Butelki zostały na stole, prawie pełne. Nikt się nie zataczał. Szliśmy do sypialni na prostych nogach, bo chcieliśmy tego na trzeźwo, z kutasami już twardymi pod ubraniem. Quentin ściągał koszulkę przez głowę, zanim dotknął klamki. Plecy miał napięte, rowek w dole już wilgotny. Errol szedł za nim i patrzył na ten tyłek tak, jak się patrzy na coś, co za chwilę będzie się miało w dłoniach. Ja zamykałem za nami drzwi i czułem, jak mi cieknie w bokserkach.

W sypialni światło zostało włączone. Quentin sam to powiedział, zanim ktokolwiek sięgnął do włącznika.

— Nie gaś. Chcę, żeby Bartek widział, jak wchodzisz.

Errol ściągnął koszulkę jednym ruchem. Klatka, brzuch, ciemna kreska włosów schodząca pod pasek. Potem szorty. Kutas wyskoczył ciężki, gruby, z główką już odsłoniętą i błyszczącą. Był większy, niż obiecywał zarys. Żyła szła po spodzie jak sznur. Jaja pełne, ciężkie, owłosione tak, jak lubię. Quentin uklęknął na dywanie przy łóżku, zanim ktokolwiek go poprosił. Spojrzał w górę, oblizał usta i ujął tego kutasa u nasady.

— Dawaj. Chcę go głęboko.

I wziął. Nie bawił się w czubek dla zasady. Otworzył usta szeroko, wpuścił główkę, a potem sunął w dół, aż nos wszedł mu we włosy na podbrzuszu. Zakrztusił się raz, krótko, cofnął o centymetr i wszedł znowu, pewniej. Mlaskał głośno. Ślina spływała po brodzie, po żyle, na jaja. Słychać było każdy ruch: mokre mlaśnięcie, kiedy wyciągał kutasa prawie do końca i łykał go z powrotem. Errol złapał go za włosy, nie szarpiąc, tylko trzymając, i patrzył w dół z uśmiechem, od którego mnie samego ściskało w jajach.

— Kurwa, ale gardło. Ssij. Głębiej. Chcę słyszeć, jak cię dławię.

Quentin jęknął na kutasa i wziął go aż do gardła. Nos spłaszczył mu się o brzuch. Oczy zaszły wilgocią, ale nie odsunął się. Ssał, mlaskał, pracował językiem po spodzie, a ślina kapała na dywan. Patrzyłem na to i czułem się dziwnie spokojny w samym środku pożądania. To był mój facet. Na kolanach. Z cudzym kutasem w gardle. I jedyne, co mnie w tym bolało, to to, że jeszcze nie miałem ust na jajach Errola.

Uklęknąłem obok. Dłoń Errola przesunęła się na mój kark, lekko, pytająco. Kiwnąłem, że tak, i wsunąłem twarz między jego uda. Jaja miał ciepłe, ciężkie, pachnące skórą, potem i mydłem. Wziąłem jedno w usta i ssałem powoli, językiem pod spodem, tam gdzie skóra jest cieńsza. Errol syknął. Drugą ręką nadal prowadził głowę Quentina, a ja lizałem mu jaja na zmianę, całowałem, brałem głębiej, aż ślina mojego faceta spływała mi na policzek. Czułem, jak ten gruby kutas pracuje w gardle Quentina, bo policzek ocierał mi się o czoło przy każdym pchnięciu. Obrzydliwie blisko. Dokładnie tego chciałem. Smak soli został mi na języku. Errol rozstawił nogi szerzej, żebym miał dostęp, i mruknął, że mam nie przestawać, że obaj jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.

— Wystarczy — powiedział w końcu, głosem niższym, nierównym. — Bo się spuszczę, zanim wejdę mu w dupę. A chcę dojść w nim. Albo na was. Najpierw chcę poczuć, jaki jest ciasny.

Quentin wypuścił kutasa z mokrym dźwiękiem. Ślina ciągnęła mu się od wargi do główki. Wyglądał już na wyruchanego, a jeszcze nawet nie leżał.

— Na plecy. Nogi na moje ramiona. Bartek, smar. Górna szuflada.

Sięgnąłem. Butelka leżała tam, gdzie zawsze, obok prezerwatyw. Z nami Quentin lubi bez gumy, bo badamy się regularnie, ale Errol był kimś nowym. Zerknąłem na nich.

— Gumy są. Jak chcecie.

Errol kiwnął bez dyskusji.

— Zakładam. Nie mam zamiaru psuć wieczoru głupotą.

Naciągnął gumę na tego grubego kutasa, polał lubrykantem i jeszcze raz sprawdził Quentina wzrokiem.

— Mów, jeśli za ostro.

— Chcę ostro — odparł Quentin i położył się na naszym łóżku, na wznak, głową do wezgłowia. — Właź. I nie bądź grzeczny.

Errol złapał go pod kolanami, zarzucił sobie nogi na ramiona i złożył go wpół. Dupa otworzyła się na światło lampy, różowa, już błyszcząca, bo Quentin zdążył wsunąć sobie palec, kiedy szukałem butelki. Errol przytknął główkę i pchnął. Powoli, aż guma minęła opór, a potem jednym długim ruchem wszedł do końca. Quentin krzyknął, krótko, wysoko, i złapał pościel.

— Kurwa. Jaki gruby.

— Dobrze?

— Tak. Rżnij. Nie stój.

Errol nie stał. Wycofał się prawie do główki i walnął z powrotem, mocno, tak że łóżko stuknęło o ścianę. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Misjonarska, nogi Quentina na jego barkach, uda przyciśnięte do klaty, dupa brana głęboko przy każdym pchnięciu. Słychać było mokre klaśnięcia lubrykantu i skóry o skórę. Errol rżnął go ostro, równo, bez litości, o którą Quentin prosił. Patrzyłem z boku i kutas podskakiwał mi w ręce, twardy, cieknący. Widziałem, jak dziura mojego faceta rozciąga się na tym kutasie, jak się zaciska, kiedy Errol wychodzi, i jak łyka go z powrotem. Dokładnie ta fantazja. Dwudziestodziewięciolatek o barkach jak szafa wali mojego chłopaka w dupę w naszym łóżku, na moich oczach, a ja stoję obok i nie muszę już niczego dopowiadać.

Każde pchnięcie wbijało Quentina odrobinę wyżej na poduszki. Sutki miał twarde, brzuch napięty, kutas leżał mu na podbrzuszu i podskakiwał, zostawiając mokrą kreskę na skórze. Errol pochylał się nisko, prawie nosem do jego, i mówił mu do ucha rzeczy, które i tak słyszałem. Że jest ciasny. Że bierze jak trzeba. Że następnym razem wejdzie wolniej tylko po to, żeby wyjść i walnąć jeszcze mocniej. Quentin odpowiadał samym gardłem, krótkimi „tak”, „głębiej”, „kurwa, właśnie tak”. Nie było w tym cienia wahania. Chciał. Prosił. A ja stałem i czułem, jak mi cieknie po palcach.

— Chodź tu — wycharczał, odwracając głowę w moją stronę. Usta mokre, oczy nieprzytomne z przyjemności. — Dawaj kutasa. Chcę go w gardle, kiedy on mnie dyma.

Podszedłem do wezgłowia. Uklęknąłem na materacu, ująłem się u nasady i przytknąłem główkę do jego warg. Wziął mnie od razu. Wsadziłem mu kutasa do gardła, najpierw powoli, potem głębiej, kiedy kiwnął, że może. Errol nie zwalniał. Każde jego pchnięcie wbijało Quentina odrobinę dalej na mojego fiuta. Gardło mu się zaciskało, ślina lała się po brodzie na poduszkę, a on i tak ssał, mlaskał, brał. Jęczał na moim kutasie za każdym razem, kiedy Errol wchodził do końca i trącał go od środka. Trzymałem go za włosy i patrzyłem w dół, jak mój fiut znika między jego wargami, a za zgiętym ciałem Errol wali w dupę tak mocno, że łóżko skacze.

— Patrz na niego — rzucił Errol, nie przerywając. — Patrz, jak twój facet bierze kutasa. Ciasny jest, kurwa. Aż mi guma skrzypi. I jeszcze ci ssie, jakby miał dwa otwory i zero wstydu.

— Bo nie mam — wybełkotał Quentin, wypuszczając mnie na sekundę, ślina na brodzie. — Mocniej. Obaj. Chcę was czuć naraz.

Wszedłem mu z powrotem do gardła. Errol przyspieszył. Uderzenia były już krótkie, głębokie, brzuch o uda, jaja o tyłek. Quentinowi stał, kutas podskakiwał i ciekł na własne włosy. Ja czułem, że jeśli zostanę w tym gardle jeszcze minutę, spuszczę się za wcześnie. Chciałem inaczej. Chciałem zobaczyć, jak na nim siada.

— Zmiana. Chcę widzieć, jak na nim bujasz. Tyłem do mnie. Ostro.

Errol wyszedł z niego z mlaśnięciem, które poszło po pokoju. Quentin jęknął na pusto, dupa nie domknęła mu się od razu. Errol położył się na wznak na środku naszego łóżka, kutas sterczał w gumie, lśniący, gruby, gotowy. Quentin nie czekał. Odwrócił się do mnie plecami, usiadł na nim tyłem i sam naprowadził główkę. Opadł jednym ruchem, aż jaja spłaszczyły mu się o tyłek, i krzyknął przez zęby.

— O ja pierdolę. Głęboko.

Potem zaczął się bujać. Nie delikatnie. Ostro. W górę, prawie do główki, i w dół, całym ciężarem, tak że uda mu się trzęsły, a dupa klaśnięciem brała kutasa do końca. Ręce oparł na kolanach Errola. Plecy napięte, łopatki się schodziły, rowek między nimi błyszczał od potu. Errol złapał go za biodra i pomagał, ściągał w dół, kiedy Quentin wychodził za wysoko, i wbijał się od spodu, kiedy opadał. Patrzyłem na to z brzegu łóżka i ledwo nad sobą panowałem. Mój facet ujeżdżał cudzego kutasa w naszej pościeli, głowa odchylona, usta nadal mokre od mojego fiuta, a dupa brała każdy centymetr, jakby na to czekała od roku.

— Tak — warczał Errol. — Ujeżdżaj. Bujaj się na tym kutasie, aż ci dupa spuchnie. Chcę widzieć, jak ciekniesz.

Stanąłem na materacu, nogi po obu stronach ich ciał, nad nimi. Kutas miałem na wysokości ich twarzy i klatek, twardy, ciemny na główce, już na krawędzi. Quentin odchylił głowę, nadal bujając się ostro, i wystawił język. Errol patrzył w górę spod jego ramienia, spocony, z rękami na tyłku mojego faceta.

— No dawaj. Spuść się na nas. Na klaty. Na gęby. Chcemy.

— Chcemy — powtórzył Quentin i wziął głębiej, tak że aż mu się wyrwało. — Bartek, dawaj. Chcę twoją spermę na twarzy, kiedy on we mnie dojdzie.

To mnie załamało. Złapałem kutasa, dwa ruchy, trzy, i spuściłem się. Pierwszy strzał poszedł Quentinowi na usta i brodę, biały, gęsty. Drugi na klatę, aż do mostka. Trzeci przesunąłem na Errola, na policzek, na szyję, na górę klatki. Sperma lała mi się z fiuta gorąca, struga za strugą, i lądowała na nich obu, na spoconej skórze, na ustach, na sutkach. Quentin zlizał to, co miał na wardze, nie przestając się bujać. Errol przeciągnął językiem po własnym kąciku ust i uśmiechnął się brudno, z moją spermą na brodzie.

— Kurwa, dobre. Jeszcze. Zostało ci?

Zostało. Ostatnia struga spadła im między klaty, na brzuch Quentina, i zmieszała się z tym, co już tam ciekło z jego własnego kutasa. Bo Quentin doszedł w tej samej chwili. Ścisnął się na Errolu, krzyknął, i sperma wystrzeliła mu na brzuch, na moją, na pierś, gęsta, w kilku falach, kiedy nadal nabijał się na kutasa pod sobą. Errol nie wytrzymał tego zacisku. Wbił się do końca, złapał go za biodra tak mocno, że zostały ślady, i doszedł w gumie, warcząc, z wargą przygryzioną, całym ciałem napiętym pod moim facetem.

Przez chwilę było tylko sapanie. Łóżko skrzypiało, kiedy opadali. Zszedłem z materaca na kolana, nogi jak z waty. Quentin zsunął się z kutasa powoli, z mlaśnięciem, i legł między nami, spocony, z spermą na brodzie, na klacie, na brzuchu. Errol ściągnął gumę, zawiązał, rzucił na podłogę i też został. Wszyscy trzej dochodziliśmy jeszcze sekundę, dwie, te ostatnie drgnienia, od których palce u nóg się zwijają. Potem zostało ciepło, oddech i zapach seksu w naszej pościeli.

Leżeliśmy spoceni i zadowoleni, ramiona o ramiona, uda pozlepiane. Nikt się nie wstydził. Nikt nie udawał, że to przypadek. Quentin odwrócił głowę i pocałował mnie pierwszy, w usta, słono od potu i od mojej spermy, którą zdążył zlizać. Potem odwrócił się w drugą stronę i pocałował Errola, dłużej, leniwiej, z językiem.

— Chcę, żeby to nie był ostatni raz — powiedział, kiedy się odsunął. Głos miał zachrypnięty. — Mówię poważnie. Chcę was obu znowu. W tym łóżku. Niedługo.

Errol uśmiechnął się leniwie i pogładził nas po udach. Dłoń ciężka, ciepła, bez pośpiechu. Najpierw moje udo, potem Quentina, kciuk tuż przy kroczu.

— Mogę wpaść w przyszłym tygodniu. I jeśli macie ochotę, następnym razem przyniosę kajdanki. Porządne, nie tanią zabawkę z sieci. Skuję ci ręce, Quentin, do wezgłowia, a Bartek będzie patrzył, jak cię rżnę, aż się popłaczesz z przyjemności. Albo na odwrót. Jak wolicie.

Zostaliśmy w łóżku jeszcze długo. Nikt nie sięgał po ubranie. Gadaliśmy półgłosem, z spermą schnącą na skórze, i przeszliśmy od razu w plotki, jakby trójkąt w naszej pościeli był najnormalniejszą rzeczą pod słońcem. Errol opowiadał, że Piotrek z recepcji nadal myśli, że on umawia się z jakąś laską z crossfitu, i że gdyby zobaczył dzisiejszy wieczór, wypadłby zza biurka. Quentin śmiał się zachrypniętym gardłem i dorzucał, który z jego podopiecznych udaje twardziela, a na siłowni nie umie spojrzeć drugiemu facetowi w oczy dłużej niż sekundę. Ja leżałem między nimi i słuchałem, dopóki gadanie znowu nie zeszło na to, co zrobimy następnym razem, kto kogo skuwa, kto patrzy, kto bierze. Planowaliśmy jak ludzie, którym jedna noc nie wystarczy.

Quentin przeciągnął palcem po spermiem na swojej klacie, podał mi go, a kiedy zlizałem, spojrzał na Errola i powiedział to, od czego znowu mi stanął:

— Następnym razem skuj mnie, rozłóż i spuść mi się prosto w dupę, a Bartek niech wyliże twoją spermę z mojej dziury, aż będę błagał o następnego kutasa.

Rate this story

★★★★★
Thanks for rating
Coś nie tak z tą historią?
Tagged threesome blowjob anal deepthroat riding

Fresh filth, nightly

The best new stories in your inbox every day. Free, 18+, unsubscribe anytime.