Rozpalone Pędzle i Jej Usta
Dwudziestoośmioletnia malarka Colette i jej trzydziestojednoletnia przyjaciółka Brigitte w końcu dają sobie ostro w pracowni.
Późnym wieczorem w pracowni Colette panował gęsty, ciężki zapach farb olejnych, terpentyny i czegoś jeszcze – ostrego, zwierzęcego zapachu podniecenia dwóch napalonych kobiet. Colette, dwudziestoośmioletnia malarka o szczupłych, umięśnionych ramionach i palcach wiecznie ubrudzonych pigmentem, stała przed dużym płótnem, ściskając pędzel tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Przed nią, na starym aksamitnym otomanie, siedziała naga Brigitte – jej trzydziestojednoletnia przyjaciółka, właścicielka jednej z najmodniejszych galerii w mieście. Brigitte miała ciało stworzone do grzechu: ciężkie, pełne piersi z ciemnymi, już sztywnymi sutkami, szerokie biodra i gładko wygolony wzgórek, z którego spływała już cienka strużka przezroczystego nektaru.
Od miesięcy krążyły wokół siebie jak dwie wilczyce. Flirtowały brudno przez wiadomości, dotykały się „przypadkiem” na wernisażach, szeptały sobie do ucha sprośne żarty, od których robiło się mokro w majtkach. Dziś napięcie pękło.
– Kurwa, Brigitte… – mruknęła Colette, oblizując wargi. – Jak mam cię malować, kiedy twoja cipka tak się świeci? Widzę, jak ci się wargi rozchylają same. Chcesz, żebym zamiast pędzla użyła języka?
Brigitte rozłożyła uda jeszcze szerzej, opierając pięty na krawędzi otomany. Jej palce leniwie przejechały po wewnętrznej stronie uda, zatrzymując się tuż przy nabrzmiałej, mokrej szparce.
– A co, malarko? Podnieca cię widok mojej napalonej pizdy? Od miesięcy mi mówisz przez telefon, że chcesz mnie wylizać do nieprzytomności. Że chcesz mnie rżnąć palcami tak mocno, aż będę cię błagać o litość. No to dawaj. Albo dalej będziesz tylko gadać?
Colette poczuła, jak jej własna cipka zaciska się boleśnie z głodu. W głowie wirowało jej od myśli: „Chcę jej posmakować. Chcę, żeby zalała mi twarz. Chcę usłyszeć, jak ta elegancka galerzystka przeklina jak ostatnia dziwka, kiedy będę jej wpychać język w dupę”.
– Chcę cię zerżnąć – powiedziała w końcu twardo, patrząc Brigitte prosto w oczy. – Chcę cię zerżnąć tak, żebyś jutro nie mogła normalnie chodzić. Chcę twoich soków na języku, na brodzie, na cyckach.
Brigitte wstała powoli. Jej ciężkie piersi zakołysały się. Podeszła do Colette, wzięła jej pędzel prosto z dłoni i, nie spuszczając z niej wzroku, rozsunęła swoje mokre wargi dwoma palcami. Zanurzyła włosie pędzla głęboko między nimi, obracając nim powoli, zbierając gęste, lepkie soki. Potem uniosła pędzel do piersi i zaczęła malować nim swoje sutki – długie, mokre smugi, które lśniły w świetle lampy. Zjechała niżej, rozsmarowując własne podniecenie po łechtaczce, rysując nim leniwe ósemki, aż jej biodra drgnęły.
– No i co? – wyszeptała ochryple. – Chcesz zlizać farbę, którą zrobiłam z mojej cipki? Chcesz mnie w końcu zerżnąć, czy dalej będziesz się tylko gapić jak głodna suka?
Colette rzuciła resztę pędzli na podłogę z głośnym brzękiem. Chwyciła Brigitte za gęste, ciemne włosy i brutalnie przyciągnęła jej twarz do siebie. Ich usta zderzyły się w mokrym, agresywnym pocałunku – języki wdarły się nawzajem, ssąc, gryząc, liżąc. Jęki wypełniły pracownię. Ręce Colette ściskały ciężkie cycki Brigitte, ugniatały je mocno, szczypały sutki tak, że Brigitte aż syknęła w jej usta. Brigitte z kolei wsunęła dłoń pod fartuch Colette, chwyciła jej tyłek i wbiła paznokcie w skórę.
– Zerżnij mnie… – wysapała Brigitte między pocałunkami, gryząc wargę Colette. – Proszę cię, kurwa, już nie wytrzymuję. Wsadź mi język w cipkę. Wsadź mi palce. Rżnij mnie, aż będę piszczeć.
Colette nie czekała ani sekundy dłużej. Chwyciła Brigitte za biodra, podniosła ją bez wysiłku i posadziła na szerokim stole roboczym, zrzucając na bok tubki farb i brudne szmaty. Rozłożyła jej nogi tak szeroko, jak tylko się dało, aż kolana Brigitte prawie dotknęły blatu. Klęknęła między nimi jak przed ołtarzem i od razu wbiła twarz w gorącą, ociekającą cipkę. Jej język wdarł się głęboko, liżąc ścianki, smakując słono-słodki nektar, który spływał jej po brodzie. Ssąc łechtaczkę mocno, rytmicznie, jakby chciała ją wyssać.
– O kurwaaa! – wrzasnęła Brigitte, chwytając Colette za włosy i przyciskając jej twarz mocniej do swojej pizdy. – Liż mnie, ty napalona dziwko! Głębiej! Wpychaj ten język jak kutasa! Ssij moją łechtaczkę, ssij ją, aż mi oczy wyjdą!
Colette warknęła w jej cipkę i wsunęła dwa palce naraz – ostro, bez ceregieli. Zaczęła ruchać nimi wściekle, zakrzywiając je, trafiając dokładnie tam, gdzie Brigitte traciła oddech. Stoł kręcił się pod jej tyłkiem, cipka zaciskała się wokół palców, a soki lały się strumieniami. Colette piła je łapczywie, mlaskając głośno, liżąc wszystko – od łechtaczki po sam tyłek.
Brigitte doszła pierwsza – głośno, brudno, z przekleństwami na ustach. Jej uda zadrżały, cipka zaczęła pulsować i trysnęła prosto na twarz Colette, zalewając jej policzki, usta, brodę. Colette nie przestała – lizała dalej, przedłużając orgazm, aż Brigitte zaczęła błagać o litość drżącym głosem.
Ale role odwróciły się błyskawicznie.
Brigitte zsunęła się ze stołu, pchnęła Colette na podłogę na rozłożone płótno i zdarła z niej resztę ubrania. Rozłożyła jej nogi szeroko i od razu opadła ustami na jej cipkę. Lizała zachłannie, głośno, brudno – długimi pociągnięciami od tyłka po łechtaczkę. Potem skupiła się na drugim otworze – rozchyliła pośladki Colette i wbiła język w jej ciasny tyłek, liżąc go na zmianę z cipką, palcami jednocześnie ruchając obie dziurki.
– O kurwa, tak… – jęczała Colette, wijąc się na podłodze. – Liż mi dupę, Brigitte… Liż oba moje dziury, ty perwersyjna suko… Czuję twój język w tyłku… Mocniej!
Brigitte warczała między jej nogami, pożerając ją bez litości. Ssąc łechtaczkę, wpychając język głęboko w cipkę, potem znów w tyłek – na zmianę, szybko, mokro. Colette doszła pierwszy raz z głośnym krzykiem, zalewając język Brigitte strugami gorących soków. Ta nie odpuściła. Przerzuciła Colette na czworaki i dalej ją lizała od tyłu, palcami wpychając się głęboko w cipkę, aż Colette doszła drugi raz, trzęsąc się i przeklinając.
Potem znów się zamieniły. I jeszcze raz.
Po dwóch kolejnych orgazmach każda z nich leżały na podłodze splątane, spocone, umazane farbą i sokami. Ich usta były lepkie od siebie nawzajem. Colette zlizywała własne soki z brody Brigitte, ssąc jej palce jeden po drugim. Brigitte robiła to samo – głęboko, leniwie, smakując każdą kroplę. Ich cipki wciąż pulsowały, ocierając się o siebie w leniwym, zmęczonym rytmie.
Brigitte uniosła głowę. Uśmiechnęła się – tym leniwym, drapieżnym uśmiechem, który obiecywał, że to jeszcze nie koniec. Jej palce leniwie krążyły wokół sutka Colette, szczypiąc go lekko.
– Wiesz… te wszystkie pędzle leżące wokół nas… – wyszeptała ochryple, liżąc wargi. – Jeszcze ich nie użyłyśmy tak, jak powinnyśmy. Wyobrażam sobie gruby, sztywny trzonek wsuwający się powoli w twoją cipkę, podczas gdy ja będę ci jednocześnie lizać tyłek. Albo pomaluję ci sutki farbą i zlizię ją centymetr po centymetrze. Jeszcze nie skończyłyśmy, Colette. Daleko nie skończyłyśmy…
Colette poczuła, jak jej cipka znów zaciska się z głodu na samą myśl. Ich ciała wciąż się ocierały, oddechy mieszały się, a w pracowni nadal unosił się zapach farb, potu i mokrych, rozpalonych cip. Noc dopiero się zaczynała.
Rozpalone Pędzle i Jej Usta
Brigitte uśmiechnęła się tym leniwym, drapieżnym uśmiechem i sięgnęła po największy pędzel, ten z grubym, gładkim trzonkiem, którym Colette zwykle malowała tła. Drewno było jeszcze ciepłe od jej dłoni. Bez słowa pchnęła dwudziestoośmioletnią malarkę na kolana na rozłożone płótno, a potem na brzuch. Colette wypięła tyłek wysoko, czując, jak cipka pulsuje jej tak mocno, że aż bolało. „W końcu… w końcu mnie weźmie tak, jak obiecywała przez te wszystkie miesiące” – pomyślała, gryząc wargę.
Brigitte rozsunęła jej pośladki i splunęła prosto na ciasny otwór. Jej gorący oddech owiał wilgotną skórę, a potem język – szeroki, mokry, bezwstydny – zaczął lizać ją od cipki po sam tyłek długimi, zachłannymi pociągnięciami. Colette jęknęła gardłowo, gdy ten język wdarł się do jej dupy, penetrując ciasny pierścień mięśnia. Jednocześnie gruby trzonek pędzla dotknął jej rozchylonej szparki i zaczął się wciskać. Powoli. Nieubłaganie. Drewno rozciągało ją, wypełniało, drażniło każdy nerw wewnątrz.
– Kurwa… jest taki gruby… – wysapała Colette, zaciskając palce na płótnie. Czuła każdy milimetr, jak trzonek sunie głębiej, jak jej własne soki oblepiają drewno i spływają gęstymi strużkami po udach. Brigitte zaczęła nim poruszać – najpierw powoli, potem coraz mocniej, zataczając przy tym kółka, jakby naprawdę malowała wnętrze jej cipki. Język nie przestawał pracować w tyłku – liżał, wpychał się, wirował, aż Colette zaczęła tracić oddech.
– Liż mi dupę, ty perwersyjna suko… głębiej, właśnie tak – warczała, pchając biodra do tyłu. Brigitte warknęła w odpowiedzi i przyspieszyła, ruchając ją pędzlem tak mocno, że stół obok drżał. Cipka Colette mlaskała obscenicznie, mokra jak nigdy. Orgazm nadszedł nagle – potężny, brutalny. Zaczęła drżeć, cipka zacisnęła się na trzonku tak mocno, że Brigitte ledwo mogła nim poruszać, a potem trysnęła – gorącym, obfitym strumieniem prosto na twarz i piersi przyjaciółki. Krzyczała, nie hamując się, przeklinając i błagając jednocześnie.
Brigitte nie dała jej ani sekundy wytchnienia. Wyciągnęła pędzel, oblizała go z soków Colette jak lizak, po czym przewróciła ją na plecy i usiadła jej twarzą na ustach. Ciężkie, pełne piersi kołysały się nad głową malarki, ciemne sutki były twarde i nabrzmiałe. Colette natychmiast wbiła język w jej ociekającą pizdę, smakując gęsty, słony nektar, który spływał jej po brodzie i szyi. Brigitte tymczasem chwyciła dwa mniejsze pędzle. Jeden zanurzyła w farbie cynobrowej zmieszanej z sokami Colette i zaczęła malować jej ciało – długie, mokre linie na brzuchu, wokół pępka, potem po wewnętrznych stronach ud, aż do samych warg cipki.
– Patrz, jak pięknie maluję twoją napaloną cipkę twoimi własnymi sokami – wyszeptała ochryple, a potem pochyliła się i zaczęła zlizywać farbę z sutków Colette. Ssala je mocno, gryząc, ciągnąc zębami, podczas gdy drugi pędzel wsuwała głęboko w cipkę malarki i ruchała nim szybkimi, krótkimi pchnięciami. Colette jęczała prosto w jej szparkę, liżąc łechtaczkę, wpychając język tak głęboko, jak tylko mogła. Smak Brigitte ją upajał – ciężki, uzależniający, pełen pożądania.
Zamieniły się. Teraz Colette klęczała nad Brigitte, rozkładając jej szeroko nogi. Wzięła największy pędzel, ten sam, którym przed chwilą była ruchana, i bez ceregieli wsadziła go w cipkę galerzystki. Drewno wślizgnęło się z głośnym mlaśnięciem. Brigitte wygięła plecy w łuk, chwytając Colette za włosy.
– Mocniej, kurwa! Rżnij mnie tym pędzlem jak jakąś tanią dziwkę! – wrzasnęła, gdy Colette zaczęła pompować mocno i głęboko. Jednocześnie malarka pochyliła się i wbiła twarz między jej pośladki, liżąc tyłek z taką samą zachłannością, z jaką była liżana wcześniej. Język Colette penetrował ciasną dziurkę, wpychał się rytmicznie, na zmianę z pędzlem w cipce. Brigitte trzęsła się, jej ciężkie piersi podskakiwały, sutki stały się jeszcze ciemniejsze.
Colette czuła się jak w transie. „Chciałam tego od pierwszego dnia, kiedy zobaczyłam ją nagą na tym otomanie. Chciałam ją zbezcześcić, usłyszeć, jak ta elegancka kobieta wyje jak ostatnia kurwa, kiedy będę ją rżnąć pędzlami i językiem w obie dziury.” Wsunęła drugi, cieńszy pędzel obok pierwszego – teraz dwa trzonki rozciągały cipkę Brigitte, która piszczała z rozkoszy, zalewając je obfitymi strugami.
Potem znów role się odwróciły. Leżały w pozycji sześćdziesiąt dziewięć na podłodze, umazane farbą we wszystkich kolorach – ultramaryną, kadmium, ochrą. Ich ciała były śliskie, lepkie, kolorowe. Lizały się nawzajem bez litości – głośno, mokro, brudno. Języki penetrowały cipki i tyłki, palce i pędzle wsuwały się tam, gdzie tylko się dało. Colette doszła drugi raz, zalewając usta Brigitte, a ta zaraz po niej – trysnęła tak mocno, że sok spłynął Colette po policzkach i szyi aż na piersi.
W końcu, gdy obie ledwo oddychały, przycisnęły się do siebie cipkami. Ocierały się mocno, mokre, gorące wargi ślizgały się po sobie, łechtaczki ocierały się wściekle. Trzymały się za ręce, palce splecione, ciała pokryte farbą i potem. Colette patrzyła prosto w oczy Brigitte.
– Chcę dojść razem z tobą… teraz – wyszeptała.
Ich ruchy stały się szybsze, biodra pracowały w idealnym rytmie. Cipki mlaskały, soki mieszały się, tworząc kałużę na płótnie. Orgazm nadszedł jak uderzenie – obie jednocześnie, z gardłowymi, zduszonymi krzykami. Ciała zadrżały gwałtownie, cipki pulsowały i tryskały na siebie, aż nogi im się plątały. Trwało to długo, fala za falą, aż w końcu opadły bez sił.
Leżały splątane na podłodze pracowni. Farba schnęła na ich skórze, tworząc dziwne, erotyczne wzory. Oddechy były jeszcze ciężkie, ale powoli się uspokajały. Colette położyła głowę na piersi Brigitte, czując jej szybkie bicie serca. Brigitte objęła ją ramieniem, palce leniwie gładziły jej plecy. Żadna nie powiedziała ani słowa.
Pracownia ucichła.
Została tylko cisza – głęboka, ciepła, spełniona. Dwie kobiety leżały nieruchomo wśród rozrzuconych pędzli, farb i mokrych plam na płótnie. Ich oddechy zrównały się, stały się ledwo słyszalne. Światło lampy drżało lekko na ich nagich, umazanych ciałach, a noc wokół nich zgęstniała i zamknęła się w absolutnej, spokojnej ciszy.
(1271 słów)
Rate this story
Coś nie tak z tą historią?
Popular Collections
Browse Categories