Tajemnicza uległość w pustej sali
28-letnia dominatrix Gwen wiąże 32-letniego Marka w opuszczonej sali i ostro rżnie go strap-onem, aż błaga o spełnienie.
Późnym wieczorem światła w opuszczonej sali konferencyjnej starego biurowca mrugały słabo, jakby same wiedziały, że tu zaraz stanie się coś brudnego. Gwen, dwudziestoośmioletnia dominatrix o ostrych rysach i czerwonych ustach, stała oparta o metalowy regał, w czarnej skórze obcisłej jak druga skóra. Marek, trzydziestodwuletni facet z szerokimi ramionami i wiecznie głodnym wzrokiem, wszedł za nią, zamykając drzwi na klucz. Od miesięcy w suplach, w samochodzie, w łóżku masturbował się do myśli o całkowitym podporządkowaniu właśnie jej – tej kobiecie, która umiała patrzeć tak, że jaja ściskało z samego strachu i pożądania.
— Wiesz, po co tu jesteś — powiedziała Gwen spokojnym, niskim głosem, podchodząc bliżej. Jej paznokcie musnęły jego policzek. — Chcę cię związać. Chcę cię wykorzystać. Chcę wbić ci się w dupę i słuchać, jak błagasz. Akceptujesz?
Marek przełknął ślinę, fiut już twardniał w spodniach.
— Tak. Kurwa, tak. Fantazjowałem o tym, jak mnie rozłożysz. Rób ze mną, co chcesz.
Powietrze zgęstniało. Gwen uśmiechnęła się tylko kącikiem ust i kazała:
— Rozbieraj się. Do naga. Potem klęknij.
Marek ściągnął koszulę, spodnie, bokserki. Jego kutasa, gruby i już mokry na główce, drgnął, gdy klęknął na zimnej podłodze. Gwen krążyła wokół niego, wyciągając z torby skórzane kajdanki. Powoli, prawie czule, zapięła mu je na nadgarstkach, potem na kostkach, łącząc łańcuszkami tak, że ledwo mógł się ruszyć. Jej palce zjechały po jego fiucie, drażniąc żyłę od nasady aż po dziurkę, potem ścisnęły jaja, sabotażując każdy oddech.
— Proszę… więcej — sapnął Marek, biodra same pchały się do przodu.
Gwen wbiła mu obcas w udo, tuż obok jądra, na tyle mocno, że ból zmieszał się z rozkoszą.
— Wyznaj. Najbrudniejsze fantazje. Co chcesz, żebym ci zrobiła, ty potulny kurwiszonie?
— Chcę, żebyś mnie zgwałciła strap-onem — wydusił, głos drżący. — Żebyś mi wjechała w tyłek na sucho na początku, żebyś mnie ujeżdżała po twarzy, żebym lizał ci pizdę i dupę, aż będę się dusił. Chcę pejcza. Chcę, żebyś mi nie pozwalała spuścić, dopóki nie błagam.
Gwen domknęła oczy na sekundę, jej własna cipka już tętniła wilgocią. Granica między flirtem a ostrym BDSM rozwiała się jak dym. Podciągnęła go do metalowego regału, przywiązała nadgarstki wysoko, tak że stał wyciągnięty, nogi rozstawione, kajdanki na kostkach unieruchamiające. Wsunęła mu knebel z piłeczką, zapinając pasek za głową. Ślina już spływała mu po brodzie, gdy ona wspięła się na regał, rozchyliła uda w czarnych stringach i opuściła się na jego twarz.
— Liż, kurwa. Głęboko.
Marek zanurzył język w jej cipce, ssąc wargi, wsuwając się w ciasny, mokry otwór, potem wyżej, do odbytu, krążąc i pychając, jak kazała. Gwen ujeżdżała go ostro, tarła pizdą o jego nos i usta, trzymając go za włosy, aż łzy napłynęły mu do oczu z braku powietrza. Jej soki spływały mu po brodzie, po piersi. Jęczała nisko, biodra pracowały jak tłok.
Po chwili zeskoczyła, odwróciła go twarzą do regału, rozstawiła mu pośladki. Wyjęła pejcz. Pierwsze uderzenie spaliło skórę, drugie, trzecie — czerwone pręgi nabiegły krwią pod skórą. Marek wył w knebel, fiut tryskał preejakulatem na podłogę.
— Dobry chłopiec — mruknęła Gwen, zakładając gruby, czarny strap-on. Posmarowała go tylko odrobiną lubrykantu, bo lubiła opór. Stanęła za nim, wbiła główkę w jego zaciśnięty odbyt i pchnęła jednym, brutalnym ruchem aż po jaja.
Marek krzyknął w knebel, ciało drżało w całkowitej uległości. Gwen rżnęła go bez litości, biodra waliły o jego tyłek, pejcz w jednej ręce smagał go przy każdym wdechu, a druga dłoń ścisnęła mu fiuta, waląc szybko, mokro, z characterizeddzywym chlupotem. Strap-on rozciągał go, wypełniał, uderzał w prostatę tak, że kolana miękły.
— Nie spuszczaj — warknęła mu do ucha. — Dopiero jak pozwolę.
Marek kiwał głową, łzy i ślina mieszały się, jęki były zwierzęce. Gwen przyspieszyła, jebała go jak maszyną, dłoń na kutasie zaciskała się rytmicznie. Dopiero gdy sama poczuła falę, syknęła:
— Teraz. Spuszczaj się dla mnie.
Marek eksplodował, sperma trysnęła grubymi sznurami na metal i podłogę, odbyt zaciskał się kurczowo wokół dilda, całe ciało szarpało w kajdankach. Gwen dobijała go jeszcze kilkoma pchnięciami, aż sam drżał z nadmiaru.
Powoli wyjęła z niego strap-on, odpięła knebel, rozwiązała kajdanki. Marek osunął się w jej ramiona, ciężki, spocony, spełniony. Gwen przytuliła go, pocałowała w spieczone usta, w brodę pełną jej soków.
— Pięknie się poddałeś — szepnęła, głaszcząc po plecach. — Tak kurwa pięknie. Mój grzeczny, zniszczony chłopiec.
Ubierali się powoli, śmiejąc się jeszcze nerwowo, bo serca waliły jak młoty. Gwen poprawiała mu koszulę, on zapinał jej zamek u sukienki, a powietrze wciąż pachniało seksem, skórą i spustem. Marek spojrzał na nią, w oczach już znowu głód.
— To… to nie koniec, prawda? — zapytał ochryple.
Gwen tylko uniosła brew, sięgając po torbę, w której coś jeszcze metalicznie zabrzęczało.
— Sala jest nasza do rana. A ja jeszcze nie skończyłam z twoją dziurą.
Gwen uśmiechnęła się szerzej, gdy metaliczny dźwięk z torby wypełnił ciszę sali. Wyciągnęła grubszy, żebrowany strap-on w kolorze czarnym, dłuższy i cięższy od poprzedniego, potem solidne skórzane pasy z klamrami, metalowe klamry na sutki i małą buteleczkę gęstego lubrykantu. Marek stał nagi znowu, bo ona kazała mu ściągnąć wszystko z powrotem jednym ruchem ręki. Jego kutas już twardniał na nowo, mimo że sperma jeszcze zasychała mu na udach.
— Na kolana, ty głodny skurwysynu — rozkazała. — Chcę zobaczyć, jak liżesz to, zanim ci to wbije.
Ukląkł natychmiast. Gwen stanęła nad nim, przypięła nowy strap-on do uprzęży, posmarowała go grubo, ale zostawiła końcówkę prawie suchą. Wsunęła mu dildo między usta.
— Ssij. Głęboko. Żebym czuła, że zasługujesz.
Marek objął wargami sztucznego kutasa, ślina spływała mu po brodzie, język wił się wokół żeberek. Gwen trzymała go za włosy i pchała biodrami, aż krztusił się, oczy łzawiły. Jej cipka tętniła pod stringami, mokra od poprzedniej rundy i od samego widoku jego uległości.
— Dość. Na stół konferencyjny. Brzuchem w dół, nogi szeroko.
Przywiązała go pasami do metalowych nóg stołu: nadgarstki z tyłu, kostki rozciągnięte tak, że pośladki były otwarte jak na tacy. Klamry na sutki zacisnęła powoli, aż syknął z ostrym bólem, który natychmiast przechodził w gorąco w spodzie brzucha. Pejcz znów wylądował na jego tyłku — raz, dwa, trzy — czerwone pręgi nakładały się na poprzednie. Marek jęczał głośno, bez knebla tym razem, bo chciała słyszeć każde słowo.
— Błagam… Gwen, wepchnij mi to… — sapnął, biodra drżały.
Ona stanęła za nim, rozchyliła mu pośladki kciukami, plunęła bezpośrednio na zaciśnięty odbyt i wbiła żebrowaną główkę. Pchnięcie było wolne na początku, rozciągające, bolesne. Marek wył, paznokcie wbijając w własne dłonie.
— Kurwa, jak ciasno cię mam — warknęła, wbijając się głębiej. — Czujesz te żebra? Czujesz, jak cię rozrywam?
Wepchnęła się aż po nasadę jednym twardym ruchem. Marek krzyknął, ciało szarpało w pasach, fiut zwisał ciężko, kapiąc na podłogę. Gwen zaczęła rżnąć go regularnie, biodra waliły o jego spoconą dupę z mokrym, głośnym odgłosem. Każde pchnięcie uderzało w prostatę, wyrywając z niego zwierzęce dźwięki. Jedną ręką smagała go pejczem po plecach, drugą sięgnęła pod spód i ścisnęła mu jaja, ciągnąc lekko.
— Nie spuszczaj, dopóki nie powiem. Jeszcze cię nie skończyłam.
Pędziła go tak przez długie minuty, zmieniając kąt, raz wolno i głęboko, raz szybko jak maszyna. Potem wyjęła strap-on z głośnym cmoknięciem, odwróciła go na stół na plecy, nogi uniesione i przywiązane wyżej. Weszła mu znowu od przodu, kładąc się na nim prawie całym ciałem. Jej piersi w czarnej skórze tarły o jego klatkę, klamry na sutkach ciągnęły przy każdym ruchu. Rżnęła go twarzą w twarz, patrząc w oczy, gdy on błagał.
— Proszę… pozwól mi… kurwa, umieram…
— Jeszcze nie. Liż mi cycki przez skórę. I mów brudniej.
Marek ssał jej dekolt, gdzie tylko mógł dosięgnąć, i jęczał: — Jebiesz mnie jak dziwkę… twoja dupa na mojej twarzy… chcę lizać ci cipę, aż się spuścisz na mnie… chcę, żebyś mnie zniszczyła…
Gwen przyspieszyła, dłoń zsunęła na jego kutasa i waliła szybko, mokro, w rytm pchnięć. Kiedy poczuła, że on jest na skraju, a jej własna cipka pulsowała tak mocno, że stringi były przeźroczyste od soków, zsunęła się z niego, wspięła na stół i usiadła mu na twarzy tyłem.
— Liż. I frezuj sobie fiuta ręką, ale bez spustu.
Marek zanurzył język w jej mokrej cipie, ssał łechtaczkę, pchał w głąb, potem wyżej do odbytu, krążąc żarliwie. Gwen ujeżdżała jego twarz, tarła się o brodę i nos, trzymając się krawędzi stołu. Jej soki spływały mu do gardła, on dławił się nimi z rozkoszy. Pejcz leżał obok, ale ona użyła dłoni — spoliczkowała go lekko po wewnętrznej stronie uda, kiedy zwalniał.
— Głębiej, kurwiszonie. Chcę czuć twój język w dupie.
Kiedy sama zaczęła drżeć, zeskoczyła, wsunęła mu strap-on z powrotem jednym brutalnym pchnięciem i rżnęła go stojąc, trzymając za uda. Drugą ręką waliła mu fiuta bez litości.
— Teraz. Spuszczaj się. Dla mnie. Głośno.
Marek eksplodował z wrzaskiem. Sperma trysnęła wysoko, na jego brzuch, na jej dłoń, na metalowy blat. Odbyt zaciskał się kurczowo wokół dilda, całe ciało drgało w pasach jak w konwulsjach. Gwen jebała go dalej przez jego orgazm, dobijając każde skurcze, aż on zapłakał z nadmiaru i rozkoszy. Dopiero wtedy wyjęła się powoli, odpięła pasy, zdjęła klamry z sutków. Marek leżał roztrzaskany, dysząc, kutas wciąż drgał residualnymi falami.
Ona wspięła się na stół obok niego, rozłożyła nogi i wsunęła mu głowę z powrotem między uda.
— Dokończ mnie. Palcami i językiem. Szybko.
Wsunął dwa palce w jej cipę, kciuk na łechtaczkę, język w dupie. Gwen jęknęła nisko, biodra zawirowały, i spuściła się na jego twarz głośnym, mokrym skurczem, soki zalewając mu usta i nos. Trzymała go tak, aż fala minęła, potem osunęła się na bok, przyciągając go do siebie.
Leżeli na zimnym blacie, spoceni, sklejeni. Gwen głaskała go po włosach, po pręgach na plecach, całowała w spalone usta pełne jej smaku. Marek wtulił twarz w jej szyję, oddychając nierówno, wciąż drżąc.
— Taki grzeczny… taki zniszczony dla mnie — szepnęła mu do ucha, palce wsuwając między jego pośladki i delikatnie masując obolały odbyt. — Sala jeszcze nasza. Ale na razie tylko leż. Czuj, jak twoja dziura pulsuje po mnie.
Marek westchnął ciężko, przyciskając się bliżej, dłoń kładąc na jej biodrze. Powietrze pachniało skórą, spustem i lubrykantem. Gwen uśmiechnęła się w ciemność, wciąż trzymając go w ramionach, gdy ich oddechy powoli się wyrównywały.
Rate this story
Coś nie tak z tą historią?
Popular Collections
Browse Categories