Ciemnia, w której poznałem żonę mojego najlepszego przyjaciela

Reid, 32-letni grafik, w ciemnej piwnicy ostro ruchają się z 29-letnią Colette, żoną jego najlepszego kumpla.

13 min read September 21, 2026New

Reid, trzydziestodwuletni grafik, zjechał na wąską uliczkę przed domem Gideona z taką samą miną, z jaką zwykle otwierał maile od klientów o 23:47 — mieszanką rezygnacji i „no dobra, damy radę”. Piwnica-ćwiczeniówka jego najlepszego kuma od lat wyglądała jak magazyn rzeczy, których nikt nie miał sumienia wyrzucić: stary bieżnia z urwaną taśmą, hantle w kolorze rdzy, pudła z napisem „Święta 2019” i zapach wilgotnego betonu wymieszany z czymś, co mogło być kiedyś odżywką białkową. Gideon napisał rano, że wraca dopiero po osiemnastej, bo delegacja w Katowicach się przeciąga, i prosił, żeby Reid „choć trochę tych gratów ruszył, zanim ekipa wejdzie z młotami”. Reid legitymizował swoją obecność kartonem pizzy i dwoma czerwonymi monsterami — klasyka przyjaźni między facetami po trzydziestce.

Drzwi do piwnicy były uchylone. Światło z korytarza wpadało skosem i oświetlało sylwetkę, której zdecydowanie nie spodziewał się zobaczyć w popołudniowym brudzie. Colette, dwudziestodziewięcioletnia żona Gideona, właśnie zrzucała marynarkę z biura rachunkowego na poręcz schodów. Miała na sobie obcisłe czarne legginsy, które trzymały się jej tyłka jak przyklejone reklamówką, i luźną białą koszulkę, spod której prześwitywał zarys biustonosza. Włosy w nieładnym kucyku, makijaż trochę już rozmazany po dniu z fakturami, a na twarzy ten charakterystyczny uśmiech człowieka, który właśnie zorientował się, że dom jest pusty i może wreszcie westchnąć.

— O, Reid — powiedziała, a w głosie miała coś między zaskoczeniem a rozbawieniem. — Mąż obiecywał, że przyśle ekipę, a przysłał ciebie. Klasa.

— Ekipa z pizzą — odparł, unosząc karton. — Gideon mówił, że ty masz wracać później.

— Wróciłam wcześniej. Klient odwołał spotkanie, a ja i tak nie mogłam już patrzeć na Excela. — Zeszła o stopień niżej, legginsy pracowały przy każdym ruchu. — No i proszę. Sam na sam z „niegrzecznym kawalerem”, o którym Tomek… tfu, Gideon… wiecznie opowiada przy piwie. Że jakbyś się ożenił, to byś i tak flirtał z kelnerką. Że masz ten wzrok. Że panny w barze same ci dają numer.

Reid poczuł, jak uszy robią się cieplejsze, ale uśmiechnął się krzywo.

— Gideon ma bujną wyobraźnię i za mało snu.

— Albo za dużo prawdy — rzuciła, mijając go tak blisko, że poczuł zapach jej perfum: czegoś cytrusowego i biurowego, zmieszanego z lekkim potem po drodze z parkingu. — Chodź, pokażę ci, co stoi na drodze do remontu. Jak będziemy grzeczni, to może nawet zdążymy przed nim.

Zeszli w dół. Piwnica była ciemniejsza, niż pamiętał — żarówka u sufitu mrugała jak pijany ochroniarz, a w kącie leżały stare materace do ćwiczeń, pokryte kurzem grubszym niż sumienie przeciętnego męża w delegacji. Colette schyliła się po pierwsze pudło z napisem „sprzęt zimowy”. Legginsy napięły się na biodrach, koszulka podjechała, odsłaniając pasek skóry nad linią majtek. Reid wziął oddech głębiej, niż wymagała fizyka dźwigania kartonów.

— Daj tu — mruknął, sięgając po drugą stronę pudła. Ich ręce styknęły się na tekturze. Ona nie odsunęła dłoni od razu.

— Wiesz, co jest najśmieszniejsze? — powiedziała półgłosem, gdy ustawiali pudło pod ścianą. — Gideon od miesięcy wraca zmęczony jak stary pies. Delegacja, telekonferencja, „kochanie, jestem wykończony”. A ja… — Odwróciła się, opierając tyłek o stół pokryty starą ceratą. — Ja mam dwadzieścia dziewięć lat i ciało, które wciąż chce być ruszane. Nie głaskane. Ruszane. I słyszę od męża o tobie, jaki to z ciebie ogier w barze, i wyobrażam sobie rzeczy, o których w biurze rachunkowym nie wypada myśleć między deklaracjami VAT.

Reid przełknął ślinę. Humor, który zwykle ratował go w głupich sytuacjach, teraz walczył z narastającym napięciem w spodniach.

— Colette, to brzmi jak… bardzo konkretna skarga na jakość małżeńskiego serwisu.

— Bo jest konkretna. — Uśmiechnęła się szerzej, podchodząc bliżej, kiedy schylali się po kolejne pudło. „Przypadkiem” otarła się o niego tyłkiem — pełnym, jędrnym, w spandexie, który nic nie ukrywał. Ruch był zbyt długi, żeby był niewinny, i zbyt świadomy, żeby się wypierać. — Oops. Ciasno tu. Albo ja mam za szeroki tyłek. Gideon lubi go, kiedy jest w domu. Problem w tym, że rzadko jest.

— I mówisz mi to, bo…?

— Bo wiem, że wróci za kilka godzin. Bo wiem, że ty nie jesteś głupi. I bo od miesięcy nie miałam porządnego seksu, tylko szybkie „kochanie, jestem zmęczony, może w weekend”. A weekend to znowu walizka. — Odwróciła się twarzą do niego, piersi uniosły się pod koszulką. — Flirtujesz ze mną od wejścia, Reid. Nie udawaj świętego. Gideon mówi, że jak się napijesz, to od razu gadasz o dupach. A ja mam dupę. I nogi. I ochotę.

Reid odstawił pudło z hukiem. Kurz uniósł się w smudze światła. Chwycił ją za biodra — pewnie, bez wahania — kciuki wcisnął w spandex, czując ciepło skóry pod spodem.

— Słuchaj mnie teraz. Naprawdę tego chcesz? Nie żartu, nie „pobawimy się napięciem”. Seksu. Ze mną. Tutaj. Podczas gdy twój mąż — mój kumpel — jedzie z Katowic i myśli, że my sprzątamy hantle.

Colette nie odsunęła się. Wręcz przeciwnie — wparła się w jego dłonie, uniosła twarz i pocałowała go głęboko, mokro, z jękiem, który był odpowiedzią głośniejszą niż jakiekolwiek „tak”. Język wsunęła od razu, zębami lekko wgryzła się w jego dolną wargę, a kiedy oderwała się na centymetr, szepnęła mu prosto w usta:

— Od dawna fantazjuję o tym, jak mąż przyprowadza do domu takiego ogiera jak ty. Że zostawia nas samych. Że wreszcie ktoś mnie zerżnie tak, jak trzeba, a nie jak obowiązek po konferencji. Wybieram to. Świadomie. Chcę zdrady, bo pożądanie mnie zżera mocniej niż lojalność w tej chwili. Rusz mnie, zanim się rozmyślę i wrócę do grzecznej żony z fakturami.

Coś w Reidzie — ten ostatni bezpiecznik przyjaźni — pękło z dźwiękiem, który istniał tylko w jego głowie. Uśmiechnął się krzywo, humorystycznie, bo inaczej by zwariował.

— No to gratulacje, Colette. Właśnie zrobiłaś ze mnie najgorszego kumpla roku. I najlepszego kochanka wieczoru, jak dobrze pójdzie.

Pociągnął ją w głąb piwnicy, tam gdzie żarówka ledwo sięgała, a stary stół warsztatowy stał pod ścianą obok zardzewiałej ławeczki. Colette od razu klęknęła na zakurzonym betonie, nie dbając o legginsy. Rozpięła mu spodnie z wprawą kobiety, która wiedziała, czego chce, i wyciągnęła jego kutasa — już twardego, grubego, z żyłą wystającą po wewnętrznej stronie. Spojrzała w górę prowokująco, z błyskiem w oku, i wzięła go głęboko, od razu, bez ceregieli. Gardło otworzyła, ślina spłynęła po trzonie, a głośne, mokre dźwięki ssania wypełniły piwnicę jak najgorszy i najlepszy podcast erotyczny świata.

— Mmhh… — mruknęła, odrywając się na chwilę, ślina ciągnęła się nitką od jej dolnej wargi do żołędzi. — Lepszy kutas niż mąż. Grubszy. I nie pachnie stresem z autostrady. Patrz mi w oczy, kiedy cię ssę, Reid. Chcę, żebyś widział, jak żona twojego kumpla żre ci fiuta w jego własnej piwnicy.

Reid wplotł palce w jej kucyk, nie szarpiąc jeszcze, tylko trzymając. Biodra sam ruszyły do przodu, wpychając się głębiej, a ona wzięła, krztusząc się lekko i uśmiechając przez łzy, które wystąpiły jej z odruchu. Język wirował wokół główki, ssanie było głośne, niechlujne, pełne intencji. Co chwilę odsuwała się, liżąc od spodu aż do jaj, cmokając i rzucając:

— Gideon nawet nie wie, jaki mam apetyt. Opowiada o tobie jak o legendzie barowej, a ja tu klęczę i sprawdzam legendę na własnej gardzieli. Smakujesz jak zdrada. Uwielbiam.

Humor nie opuszczał Reida nawet teraz — w głowie miał krótką listę: „1. Pomóc kumpelowi. 2. Nie rżnąć jego żony. 3. Oops.” Ale ciało nie słuchało listy. Kiedy nie wytrzymał, pociągnął ją do góry, odwrócił twarzą do stołu i zerwał legginsy wraz z majtkami jednym szarpnięciem w dół. Spandex zsunął się po udach, odsłaniając gładką, wilgotną cipkę i okrągły tyłek, który w półmroku wyglądał jak zaproszenie do grzechu z pieczątką „pilne”. Rozstawił jej nogi, przygiął tułów do blatu i wszedł od tyłu jednym długim, twardym pchnięciem.

Colette krzyknęła w ceratę — głośno, bez wstydu.

— Kurwa, tak… bierz mnie. Zerżnij mnie wreszcie porządnie. Mocniej.

Reid złapał ją za biodra, potem jedną ręką wplotł w włosy, odciągając głowę do tyłu, żeby słyszeć każdy jęk. Ruch był szybki, głęboki, bez litości dla kurzu i skrzypiacego stołu. Uderzał miednicą o jej tyłek z mokrym klaskaniem, cipka ściskała go gorąco, ciasno, jakby od miesięcy czekała właśnie na to. Drugą dłonią sięgnął pod spód, znalazł łechtaczkę i pocierał w rytm pchnięć, a ona wiła się, przeklinając mieszanką biurowego słownictwa i czystej pornografii.

— Jebiesz mnie lepiej… ah… lepiej niż on kiedykolwiek w tym roku. Trzymaj za włosy. Użyj mnie. Chcę czuć to jutro, jak będę siedzieć na krześle i liczyć jego faktury. — Roześmiała się krótko, histerycznie, w środku jęku. — I wyobrażać sobie twój kutas zamiast kolumn w Excelu. Jesteś chorym pomysłem, Reid. Idealnym.

On pochylił się, gryząc ją w ramię przez koszulkę, nie zwalniając tempa. Pot spływał mu po skroniach, kurz osiadał na skórze, a w głowie dudniło świadome: to zdrada, to wybór, to ich wspólne „tak” wypowiedziane biodrami. Stół skrzypiał ostrzegawczo. Gdzieś na górze dom milczał. Gideon był w drodze, ale jeszcze nie tu. Jeszcze mieli czas na więcej — na to, żeby odwrócić ją twarzą, żeby wziąć ją na materacach, żeby ona usiadła na nim okrakiem i dosiadała go, patrząc w oczy, i szeptała kolejne brudne porównania.

Reid zwolnił na moment, prawie wyszedł, tylko czubkiem tarł wejście, a ona zaprotestowała zuchwałym wygięciem pleców.

— Nie śmiej się zatrzymywać. — Głos miała ochrypły od ssania i krzyków. — Jeszcze nie skończyliśmy. Chcę, żebyś mi to wcisnął z powrotem i rżnął tak, żebym zapomniała, jak się nazywa mój mąż. Potem… potem zobaczymy, czy dam radę wziąć cię jeszcze ustami, zanim on zaparkuje. Bawimy się, Reid. I ja nie zamierzam przegrywać.

Wcisnął się z powrotem po brzegi, trzymając ją za włosy i biodro, a piwnica wypełniła się znowu dźwiękiem skóry o skórę, jej głośnymi, prowokującymi jękami i jego low, zdyszanym śmiechem — bo sytuacja była absurdalna, brudna, zabawna w najgorszy możliwy sposób i tak cholernie gorąca, że myślenie o konsekwencjach odłożył na później. Na moment, w którym drzwi na górze zaskoczą. Na razie był tylko stół, kurz, legginsy w kostkach i żona najlepszego przyjaciela, która prosiła, żeby ją zerżnął jeszcze mocniej, jeszcze głębiej, jeszcze bezlitośniej — i on dawał jej to, pchnięcie za pchnięciem, niesiony pożądaniem, które oboje już dawno przestali udawać, że da się ugasić sprzątaniem gratów.

Reid wbił się z powrotem po brzegi i stół zaskrzypiał jak stary grzesznik spowiadający się w konfesjonale. Colette wygięła plecy, łapiąc się ceraty, a jej cipka zacisnęła się wokół niego tak mocno, że na moment stracił rytm — nie ze wstydu, tylko z czystego, zwierzęcego zachwytu. Kurz unosił się wokół ich bioder przy każdym uderzeniu, osiadał na jej rozciągniętych legginsach w kostkach i na jego koszulce, która już dawno przestała udawać, że jest odzieżą roboczą.

— Kurwa, Reid… — wyjęczała, kiedy przyspieszył. — Gideon wraca o osiemnastej, a ty… ah… ty mnie pieprzysz jakbyś miał całą noc i zero sumienia. Lubię to. Bądź gorszy.

Uśmiechnął się przez zęby, bo humor w takiej chwili był jedyną rzeczą, która trzymała go przy zmysłach. W głowie melodia: Najlepszy kumpel roku. Najgorszy kumpel roku. Nominacje otwarte. Chwycił ją mocniej za biodra, kciuki wcisnął w miękkie dołeczki nad tyłkiem i rżnął bez litości, miednica o miednicę, mokre klaskanie wypełniające piwnicę głośniej niż kiedykolwiek skrzypiała ta zepsuta bieżnia w rogu. Druga dłoń wróciła do jej łechtaczki — szybkie, twarde kółka w rytm pchnięć. Colette zadrżała, stopy uniosły się z betonu, palce u nóg podwinęły.

— Tak, tam… nie przestawaj, pierdol mnie i trzyj, chcę dojść na stole, na którym mąż kiedyś składał meble z Ikei. Ironia sama się pisze.

Reid pochylił się, wgryzł w miejsce między szyją a ramieniem, tam gdzie koszulka zsunęła się z ramienia, i poczuł, jak ona zaciska się falami. Orgazm wziął ją głośno, bez cienia wstydu — krzyk stłumiony w ceracie, biodra szarpiące się do tyłu, jakby chciała wessać go jeszcze głębiej. Cipka pulsowała, mokra, gorąca, śliska od jej soków, a on ledwo wytrzymał, żeby nie spuścić się od razu. Wyjął się prawie do końca, tylko czubkiem drażniąc spuchnięte wejście, i znów wbił po jaja.

— Jeszcze nie — burknął zdyszany. — Mówiłaś, że chcesz zapomnieć, jak się nazywa. Pracujemy nad tym.

Odsunął się gwałtownie, odwrócił ją twarzą do siebie i podniósł na stół. Colette zachichotała krótko, histerycznie, kiedy jej naga dupa wylądowała na zakurzonej powierzchni, a on rozsunął jej uda szeroko. Legginsy i majtki wisiały na jednej kostce jak biała flaga kapitulacji. Zerwał z niej koszulkę jednym ruchem, biustonosz poszedł zaraz potem — piersi pełne, ze stwardniałymi sutkami, które od razu wziął w usta, ssąc i gryząc lekko, podczas gdy kutas tarł się o jej śliską szparę.

— Patrz na mnie — szepnęła, wplatając palce w jego włosy. — Chcę widzieć twarz faceta, który rżnie żonę kumpla w jego własnej piwnicy. Jesteś pięknie paskudny, Reid. Idealny do zdrady.

Wsunął się znowu, tym razem twarzą w twarz, i tempo zrobiło się wolniejsze, głębsze, bardziej niebezpieczne, bo teraz patrzyli sobie w oczy. Każde pchnięcie wydobywało z niej niski jęk, a z niego zdyszany śmiech pod nosem — bo sytuacja była tak absurdalna, że aż bolało w żebrach. Trzydzieści dwa lata, pizza w kartonie, Monster na stole i kutas po brzegi w Colette. CV przyjaźni właśnie dostało nowy punkt.

— Wiesz, co jest śmieszne? — sapnął, trzymając ją za uda. — Gideon prosił, żebym „ruszył graty”. Ruszyłem. Dokładnie to, co stało na drodze.

Colette wybuchnęła śmiechem, który przeszedł w krzyk, kiedy wbił się mocniej. — Jesteś chory. Bierz mnie na tych materacach, zanim stół się rozpadnie i zostawimy dowód rzeczowy.

Zniósł ją jak worek pełen grzechu — ona oplotła go nogami, on o mało nie potknął się o hantle — i rzucił na stare materace w kącie. Kurz wybuchnął obłokiem. Colette od razu wspięła się na niego, klęknęła okrakiem, złapała jego kutasa i nasunęła się powoli, centymetr po centymetrze, aż usiadła po brzegi z głośnym, zadowolonym westchnieniem. Zaczęła się kołysać, potem dosiadać twardo, piersi podskakujące, kucyk rozmazany, makijaż całkiem już skończony.

— Patrz, jak twoja legenda barowa dostaje jazdę od żony — powiedziała, opierając dłonie na jego piersi. — Gideon opowiada, że panie same ci dają numer. A ja daję ci cipkę. I głos. I to, że jutro będę kuleć przy biurku i uśmiechać się do Excela jak debilka.

Reid złapał ją za tyłek obiema rękami, pomagając w ruchu, unosząc biodra naprzeciw. Uderzenia robiły się mokre, głośne, rytmiczne. Piwnica pachniała seksem, potem, starym betonem i cytrusowymi perfumami, które już dawno przegrały z ich wspólnych zapachem. On sięgnął w górę, ścisnął jej sutki, potarł, pociągnął, a ona rzuciła głowę do tyłu i dosiadła go jeszcze szybciej.

— Dojdź we mnie — zażądała nagle, serio, patrząc mu prosto w oczy. — Chcę czuć to, kiedy będę wracać do grzecznej żony. Chcę, żeby ściekało, kiedy on zaparkuje. Świadomie. Chcę.

Kiwnął, bo słowa utknęły mu w gardle. Przewrócił ją z powrotem na plecy, uniósł jej nogi na ramiona i wbił się głęboko, szybko, bez hamulców. Materace jęczały pod nimi jak świadkowie, którzy wszystko widzieli i nic nie powiedzą. Colette drapała go po plecach, po ramionach, krzyczała brudne zachęty mieszane z jego imieniem i imieniem męża w kontekście „lepiej niż on”, „głębiej niż on”, „grubszy niż on” — i on brał to wszystko, pycha i wina w jednym koktajlu.

Jej drugi orgazm nadszedł gwałtownie: ciało zesztywniało, cipka zassała go rytmicznymi skurczami, a ona wyjęczała coś, co brzmiało jak przekleństwo i modlitwa naraz. To wystarczyło. Reid wbił się po raz ostatni, zaryczał nisko w jej szyję i spuścił się głęboko, pulsując, wypełniając ją gorącymi spływami, które ona przyjęła z zadowolonym, niemal triumfalnym jękiem, biodra unoszące się naprzeciw, jakby chciała wziąć każdą kroplę.

Przez chwilę leżeli tak, zdyszani, klejący się od potu i kurzu, jego kutas jeszcze w niej, powoli mięknący. Colette zachichotała pierwsza — cicho, ochryple.

— No. Graty rusznięte. Ekipa z pizzą zaliczyła nadgodziny.

Reid wyciągnął się ostrożnie, spermа wypłynęła mu po udzie i po jej skórze, ślad niemożliwy do przeoczenia w innym świetle. Podał jej koszulkę jak ręcznik dżentelmena z piekła. Ubierali się w pośpiechu, który miał w sobie coś z komedii slapstickowej: legginsy oporne na pot, jego rozporek zbuntowany, biustonosz znaleziony pod ławeczką. Colette wytarła się kawałkiem starego ręcznika z pudełka „Święta 2019”, rzuciła mu wilgotne spojrzenie i pocałowała krótko, smakując jeszcze siebie na jego ustach.

— Będziesz tu, jak wróci? — spytała, poprawiając kucyk, który i tak wyglądał jak po przejściach.

— Raczej zniknę jak dobry grzesznik. Pizza została. Monstery też. Alibi stoi.

Weszli po schodach. Dom wciąż milczał. Za oknem szarzało już na poważnie. Reid umył ręce w łazience na parterze, spojrzał w lustro na faceta, który właśnie skreślił punkt „nie rżnij żony kumpla” z listy wartości, i uśmiechnął się krzywo do własnego odbicia. Colette w kuchni otworzyła okno, wpuściła powietrze, jakby dało się wywietrzyć zdradę razem z zapachem seksu.

Telefon Reida zawibrował na blacie.

SMS od Gideona: Wracam wcześniej. Sprawa w Katowicach padła. Będę za dwadzieścia. Dzięki, że ruszyłeś te gówno. Colette w domu?

Reid pokazał ekran. Colette parsknęła śmiechem, poprawiła koszulkę i cmoknęła go w policzek — niewinnie, jak bratowa.

— Spadaj tylnymi drzwiami. Ja powiem, że sprzątaliśmy i że jesteś złotem. A ty… ty pomyśl o mnie, jak będziesz rano siedział przy tablecie i robił grafiki. Będę w Excelu. I będę mokra.

Wyszedł. Zapach jej perfum i ich wspólnego potu szedł za nim aż do samochodu. Włączył silnik, spojrzał na dom Gideona w lusterku i poczuł, jak adrenalinа miesza się z czymś, co mogło być wyrzutem sumienia albo po prostu głodem kolejnej rundy. Pizza została na stole jak alibi. Hantle ledwo ruszone. Żona kumpla — dokładnie odwrotnie.

Dopiero kiedy skręcał w główną, telefon znów mignął. Kolejny SMS od Gideona, wysłany minutę po poprzednim, jakby czekał na odczytanie: Wiem. Od trzech miesięcy. Colette wybiera sama, ja tylko robię miejsce w kalendarzu. Opowiedz przy piwie, ogierze — i następnym razem przynieś prezerwatywy, nie Monstera. Hantle naprawdę możesz olać.

Rate this story

Thanks for rating
Coś nie tak z tą historią?
Tagged blowjob doggy-style rough-sex dirty-talk hair-pulling

Fresh filth, nightly

The best new stories in your inbox every morning. Free, 18+, unsubscribe anytime.