Jedna Noc w Pralni z Jej Mężem
W ciasnej pralni sąsiad Marek ostro zerżnął mnie na pralce, gdy mąż wyjechał na noc.
Mam dwadzieścia osiem lat, jestem mężatką i od miesięcy żyję podwójnym życiem w swojej własnej głowie. Na zewnątrz: blada skóra, jasne włosy do ramion, grzeczna żona Otta, który wraca po pracy i całuje mnie w czoło. W środku: głodna suką, która każdego razu, gdy sąsiad Marek wychodził z bloku w podkoszulku, czuła, jak jej cipka pulsuje. Marek. Wysoki, umięśniony, czarny jak noc, ramiona grube jak moje uda, dłonie, które mogłyby złamać mi biodra, gdyby tylko chciał. Otto sam go zaprosił tamtego wieczoru.
— Pralka padła — powiedział mąż przez telefon. — Marek zna się na tym, przyjdzie koło dziewiątej.
Pralnia w piwnicy jest mała, duszna, pachnie wilgotnym betonem i proszkiem. Żarówka mruga, rury grzeją ściany. Przyjechał punktualnie, w czarnej koszulce, która obcisła mu klatę, i dżinsach obciągniętych na udach. Otto kręcił się jeszcze chwilę, tłumaczył, co brzęczy w bębnie, a ja stałam w progu w krótkiej spódniczce i cienkim topie, czując, jak Marek rzuca na mnie ukradkowe spojrzenia spod ciężkich powiek. Potem telefon Otta wrzasnął. Pilne. Nocny wyjazd. Klient z zagranicy, awaria, musi jechać.
— Będę rano — rzucił, całując mnie w policzek. — Marek, dzięki wielkie, Magda ci pomoże, jak trzeba.
Magda. To ja. Zostawił nas samych w tej ciasnej, gorącej norze i zatrzasnął drzwi na górze. Cisza uderzyła jak falą. Marek odwrócił się do pralki, odkręcił tylną klapę, a ja patrzyłam na grę mięśni pod ciemną skórą jego ramion, na pot, który już się zbierał na karku. Wiedziałam, że on też czuje. Od miesięcy. Na klatce schodowej, przy skrzynkach, gdy podawał mi paczkę i jego palce ocierały się o moje.
— No i co, pani Magdo — odezwał się nagle po polsku, z tym lekkim, pociągającym akcentem, który mnie zawsze rozbrajał. — Będzie pani stała i patrzyła, jak czarny facet grzebie w pralce, czy pomoże?
Uśmiechnęłam się krzywo, podeszłam bliżej.
— Pomogę. A ty nie mów do mnie „pani”. Brzmi, jakbym miała sześćdziesiąt lat.
Zaśmiał się nisko, basowo.
— Dobra, Magda. Tylko ten twój akcent… jakbyś gryzła cukierki podczas mówienia. Słodki. Seksowny.
Poczerwieniałam, ale nie odwróciłam wzroku. Celowo schyliłam się głęboko przy otwartej pralce, udając, że szukam zagubionej śruby. Spódniczka podjechała do góry, odsłaniając białe stringi wciśnięte między pośladki i bladą skórę ud. Czułam jego wzrok jak rozgrzany drut. Serce biło mi w gardle. Odwróciłam głowę przez ramię.
— Widzisz coś ciekawego, Marek?
Odłożył klucz. Podszedł. Duża, czarna dłoń spoczęła nagle na moim biodrze, palce wcisnęły się w ciało przez cienki materiał, kciuk musnął linię stringów. Gorąco. Ciężar. Zapach jego skóry — mydło, pot, coś metalicznego.
— Magda — powiedział cicho, blisko mojego ucha. — Powiedz wprost. Naprawdę tego chcesz? Bo jak raz zacznę, nie zatrzymam się grzecznie.
Wstałam powoli, odwróciłam się twarzą do niego. Musiałam zadrzeć głowę. Jego klatka piersiowa była ścianą. Spojrzałam mu w oczy i powiedziałam to, co nosiłam w sobie miesiącami, nocami, kiedy Otto spał obok, a ja wbijałam sobie w wyobraźni ten czarny kutas.
— Tak. Chcę. Od miesięcy marzę o tym, żeby poczuć czarnego kutasa w sobie. Twój. Gruby. Żebyś mnie rozciągnął i zerżnął tak, żebym zapomniała, jak nazywa się mój mąż.
Hamulce pękły z hukiem. Marek warknął coś po angielsku, złapał mnie za tyłek obiema dłońmi i uniósł, przycisnął do siebie. Pocałunek był brudny, głodny, język wszedł mi głęboko do gardła, zęby otarły się o wargę. Jego kutas już był twardy, ogromny, bipił mi w brzuch przez dżinsy. Szarpałam jego koszulkę do góry, palce wsunęłam na gorącą, gładką skórę brzucha, po twarde kostki mięśni. On zerwał mi stringi jednym ruchem, materiał pękł przy biodrze, i cisnął je na beton. Pralka brzęczała pusto, gdy sadzał mnie na niej tyłkiem. Metal był chłodny, moja cipka już mokra, lepkie soki spływały mi po udach.
— Kurwa, jakaś mokra — mruknął, klękając przede mną między moimi rozchylonymi nogami. — Pokaż mi tę białą cipkę.
Rozchylił mnie kciukami. Wstyd zmieszał się z podnieceniem tak mocno, że zakręciło mi się w głowie. Blada, zaróżowiona, gładko ogolona — i jego ciemna twarz tuż przy niej. Oblizał mnie od dziurki aż po łechtaczkę długim, gorącym językiem, szerokim jak ręka. Jęknęłam głośno, bojąc się, że kogoś usłyszy na górze, i jednocześnie mając to w głębokim poważaniu. Liżał powoli, dokładnie, wsuwał język do środka, ssał nabrzmiałą budkę, mrucząc z zadowolenia, gdy drżałam i wyginałam się na pralce. Dłonie trzymały mnie za uda, rozchylając je szerzej. Doprowadzał mnie do skraju, potem zwalniał, znowu przyspieszał, aż złapałam go za krótkie włosy i szarpałam.
— Marek… kurwa… zaraz dojdę…
— To dawaj — warknął w moją cipkę. — Chcę poczuć, jak się oblewasz na moim języku.
Doszłam gwałtownie, biodrami podskakując na metalowej pokrywie, sokami smarując mu brodę i usta. Drżałam jeszcze, gdy wstał, rozpiął dżinsy i wyciągnął fiuta. O Boże. Gruby, ciemny, żyły wypukłe, główka lśniąca od preejakulatu, dłuższy i szerszy niż wszystko, co miałam w sobie. Otto był… przeciętny. To było coś innego. Coś, co miało mnie rozjebać.
Zsunęłam się z pralki na drżących nogach i sama uklękłam na czworaka na brudnej podłodze pralni, odwracając do niego tyłek, rozchylając pośladki dłońmi.
— Wbija j. Głęboko. Nie delikatnie.
Marek klęknął za mną, przyłożył główkę do mojej mokrej szparki i cisnął. Wejście bolało słodko, rozciągało, paliło. Jęknęłam w podłogę, gdy centymetr po centymetrze wpychał we mnie tego grubego czarnego fiuta, aż jądra obiły mi się o cipkę. Stał we mnie nieruchomo chwilę, dając mi złapać oddech, a potem zaczął rżnąć. Mocno. Głęboko. Biodra uderzały o mój tyłek z mokrym, głośnym klaskaniem. Pralnia wypełniła się dźwiękami — moimi piskami, jego niskimi pomrukami, wilgotnym odgłosem jebania, brzęczeniem rur.
— Jebana biała dziwka — szeptał, trzymając mnie za biodra żelaznym chwytem. — Marzyłaś o czarnym kutasie? Masz. Bierz cały.
Zmienił pozycję bez wyjmowania. Podniósł mnie, przycisnął twarzą do chłodnej ściany, uniósł jedną nogę i wbijał od dołu, jeszcze głębiej, celując w punkt, od którego widziałam gwiazdy. Palce wplotłam w jego dłoń na moim brzuchu. Pot spływał nam po skórze, powietrze było gęste, parne, pachniało seksem i detergentem. Potem znowu mnie odwrócił, posadził tyłkiem na pralce, uniósł moje blade nogi na swoje potężne, czarne ramiona i wszedł jednym długim pchnięciem. W tej pozycji widziałam wszystko — jak jego ciemny kutas znika w mojej zaróżowionej cipce, jak rozciąga mnie do granic, jak moje soki spływają po jego jajach. Pieprzył mnie dominująco, rytmicznie, bez litości, kciukiem naciskając mi łechtaczkę, aż znowu zaczęłam drżeć i krzyczeć jego imię.
— Marek… jebiesz mnie… tak dobrze… nie przestawaj…
Nie przestawał. Przyspieszył, pralka zadrżała pod nami, metal stukał o rurę. Czułam, jak zbliża się do krawędzi, jak twardnieje jeszcze bardziej w środku, jak jego oddech staje się rwany. Ale nie doszedł. Wyjął się nagle, kutas lśniący od moich soków, i spojrzał na mnie z dzikim głodem w oczach, jakby to dopiero był początek.
— Jeszcze nie — powiedział ochryple, głaszcząc moją spuchniętą, otwartą cipkę dwoma palcami. — Noc długa. Otto wraca rano. A ja zamierzam zerżnąć cię w tej pralni tak, że jutro nie będziesz mogła normalnie siedzieć. Chcę cię znowu na kolanach. Chcę ci wjechać w tyłek. Chcę, żebyś ssała ten kutas, aż ci łzy popłyną. I chcę, żebyś głośno mówiła, jak bardzo kochasz czarnego fiuta w swojej małżeńskiej dziurce.
Leżałam roztrzaskana na pralce, nogi wciąż szeroko, serce waliło jak młot, a między udami pulsowało puste, mokre miejsce po nim. Za oknem piwnicy było już całkowicie ciemno. Gdzieś nad nami w bloku ktoś spuszczał wodę. Marek stał nade mną, nagi od pasa w dół, kutas wciąż twardy i groźny, i uśmiechał się wolno, jak facet, który wie, że ma całą noc i zerwaną, głodną żonę sąsiada tylko dla siebie.
Wiedziałam, że to dopiero początek. I że kiedy Otto wróci rano, ja nadal będę pachnieć Markiem.
Leżałam na tej pralce jak rozbita, z nogami wciąż szeroko rozchylonymi, i patrzyłam, jak Marek stoi nade mną z tym swoim fiutem lśniącym od moich soków. Serce waliło mi w piersiach tak mocno, że bałam się, że usłyszy je przez rury. W środku byłam pusta i pulsująca, a jednocześnie już znowu głodna. Wiedziałam, że jeśli teraz powiem „dość”, on odejdzie. Ale nie powiedziałam. Zsunęłam się powoli na beton, kolana uderzyły o brudną podłogę, i uklękłam przed nim, twarzą na wysokości tego grubego, ciemnego kutasa.
— Chcę go w gębie — szepnęłam, patrząc w górę. — Chcę poczuć, jak mi się rozciąga gardło.
Marek uśmiechnął się wolno, złapał mnie za włosy u nasady i przyciągnął bliżej. Główka dotknęła moich warg, słona, gorąca, pachnąca mną i nim. Oblizałam ją dookoła, wolno, smakując siebie na jego skórze, potem otworzyłam usta szeroko i wsunęłam go do środka. Był zbyt gruby. Szczęka bolała od razu, ale pchałam dalej, aż główka uderzyła o tylną ścianę gardła. Zakrztusiłam się, ślina popłynęła mi po brodzie, łzy stanęły w oczach. Marek jęknął basowo i zaczął powoli rżnąć mi usta, trzymając głowę w miejscu.
— Tak, Magda… ssij tego czarnego fiuta jak dobra biała dziwka. Głębiej. Chcę, żeby ci łzy popłynęły.
Wbijał się rytmicznie, mokry odgłos ssania wypełnił całą pralnię. Moje dłonie wsunęłam mu na jaja, ciężkie, pełne, masowałam je, podczas gdy on pchał się coraz głębiej. Gardło paliło, nos zalewały łzy, a cipka znowu ociekała. Każde pchnięcie sprawiało, że czułam się brudna i wolna jednocześnie. Otto nigdy nie brał mnie tak. Otto całował mnie delikatnie. Marek jebał mi gardło jak swojego osobistego otworu. Kiedy wyciągnął się z trzaskiem, długi sznur śliny połączył moje usta z jego kutasa. Oddychałam równo, twarz mokra, usta opuchnięte.
— Na kolana to mało — warknął. — Chcę ci wjechać w ten biały tyłek. Odwróć się. Ręce na pralkę.
Odwróciłam się na czworakach, pośladki wystawiłam ku niemu, i poczułam, jak jego duże, czarne dłonie rozchylają mnie. Kciuk musnął moją ciasną dziurkę z tyłu, potem zsunął się niżej, zebrał soki z cipki i smarował nimi wejście. Serce podskoczyło mi do gardła. Nigdy tego nie robiłam. Otto nawet nie pytał. A teraz Marek klękał za mną, przykładał główkę do mojego tyłka i cisnął. Bolało. Paliło jak ogień. Jęknęłam głośno w metalową pokrywę pralki, gdy pierwszy centymetr wsunął się do środka.
— Kurwa… za gruby… Marek…
— Oddychaj — mruknął blisko mojego ucha, jedna dłoń na moim karku, druga na biodrze. — Rozluźnij się. Marzyłaś o czarnym kutasie? To bierz go cały. Nawet tu.
Wchodził wolno, centymetr po centymetrze, rozciągając mnie do granic. Czułam każde wybrzuszenie żyły, każde drżenie jego ciała. Kiedy w końcu jądra obiły mi się o pośladki, stałam nieruchomo, łzy spływały mi po policzkach, a w środku byłam wypełniona tak kompletnie, że nie mogłam złapać oddechu. Potem zaczął się ruszać. Najpierw krótkie, ostrożne ruchy, potem coraz dłuższe, mocniejsze. Pralka stukała o rurę przy każdym uderzeniu. Mokre, brudne odgłosy jebania w tyłek wypełniły piwnicę. Moja cipka ociekała na beton, nie tknięta, a ja i tak czułam, że zaraz dojdzę z samego rozciągania.
— Jebana żona sąsiada — szeptał, przyspieszając. — Otto wraca rano, a ty masz czarnego fiuta w dupa. Powiedz to. Głośno.
— Kocham… kocham czarnego kutasa w swojej małżeńskiej dziurce — wydusiłam przez zęby, głos łamiący się przy każdym pchnięciu. — Zerżnij mnie… rozjeb mnie…
Marek warknął z zadowolenia i złapał mnie mocniej. Jedna ręka zsunęła się pod spód, dwa grube palce wsunął mi w mokrą cipkę, kciuk na łechtaczkę, i zaczął mnie pieprzyć oboma otworami jednocześnie. Świat zawirował. Doszłam tak gwałtownie, że nogi mi się ugięły, a krzyk urwał mi się w gardle. On nie przestał. Rżnął mnie dalej przez orgazm, aż ciało drżało w niekontrolowanych falach. Dopiero kiedy zelżało, wyjął się z trzaskiem. Tyłek pulsował, otwarty, pusty, soki spływały mi po udach.
Podniósł mnie jak lalkę i posadził znowu na pralce twarzą do siebie. Nogi oplotłam mu wokół bioder, a on wszedł z powrotem w cipkę jednym długim, mokrym pchnięciem. Byłam tak rozciągnięta i śliska po wszystkim, że wszedł do oporu bez oporu. Pieprzył mnie twarzą w twarz, patrząc w oczy, dłonie pod tyłkiem unosząc mnie i opuszczając na swojego fiuta. Pot spływał nam po skórze, moje blade piersi ocierały się o jego ciemną, twardą klatę. Pocałował mnie brudno, smakując moje łzy i ślinę.
— Jeszcze nie skończyłem z tobą — powiedział ochryple między pchnięciami. — Chcę, żebyś doszła jeszcze raz, oblewając mi jaja. Potem znów na kolana. I znowu w tyłek. Noc jest długa, Magda. A ja mam zamiar napełnić cię tak, że jutro przy śniadaniu z Ottem będziesz czuła mnie w każdym ruchu.
Przyspieszył, pralka dudniła pod nami jak szalona. Czułam, jak twardnieje jeszcze bardziej, jak zbliża się do krawędzi, ale znowu się powstrzymał. Wyjął, kutas lśniący, groźny, i otarł go o moje spuchnięte wargi cipki, smarując. Oddychałam równo, oczy zamglone, ciało roztrzaskane i jednocześnie gotowe na więcej. Gdzieś nad nami ktoś przeszedł korytarzem. Marek uśmiechnął się wolno, kciukiem otarł mi łzę z policzka.
— Słyszysz? Blok żyje. A my tu na dole jebiemy się jak zwierzęta. Chodź. Na czworaka znowu. Chcę zobaczyć, jak ten biały tyłek łyka mnie do końca. I tym razem nie będę delikatny.
Zsunęłam się z pralki na drżących nogach, uklękłam przy rurach, pośladki wystawiłam, i spojrzałam przez ramię. Marek klękał już za mną, dłoń na swoim kutasie, oczy ciemne od głodu. Wiedziałam, że to wciąż dopiero środek nocy. Że Otto wraca o świcie. I że zanim to się stanie, Marek zamierza spalić we mnie każdą myśl o wierności. Czekałam z biciem serca w gardle, mokra, otwarta, gotowa na wszystko, co miało nadejść.
Leżałam na czworakach przy rurach, pośladki wystawione, serce walące jak oszalałe, i czułam, jak Marek klęka za mną. Jego dłoń rozchyliła mnie szeroko, kciuk wcisnął się w spuchniętą, wciąż otwartą dziurkę z tyłu, rozmazując po niej resztki moich soków. Nie pytał. Po prostu przyłożył grubą, lśniącą główkę i cisnął jednym długim, bezlitosnym pchnięciem.
— Kurwaaaa… — ryknęłam w beton, gdy wszedł do oporu za jednym razem. Bolało jak ogień, rozciągało mnie na nowo, żyły jego kutasa drgały we mnie, jądra obiły mi się o cipkę z mokrym klaskaniem. Oddychałam przez zęby, łzy spływały mi po nosie, a on już rżnął. Mocno. Głęboko. Biodra uderzały o mój biały tyłek tak, że skóra piekła, pralnia huczała od mokrych odgłosów jebania w dupę.
— Widzisz, jak łyka? — warknął, trzymając mnie za biodra żelaznym chwytem. — Biała małżeńska dupa sąsiada bierze całego czarnego fiuta. Powiedz, ile chcesz.
— Całego… jeb mnie całego… — wydusiłam, głos łamiący się przy każdym pchnięciu. W środku byłam wypełniona tak kompletnie, że przy każdym wycofaniu czułam pustkę jak dziurę, a przy wbijaniu widziałam gwiazdy. Moja cipka ociekała na podłogę, nie tknięta, drgając sama z siebie. Myślałam o Ottcie — jak rano pocałuje mnie w czoło, a ja będę miała w tyłku jeszcze wrażenie Marka. I kurwa, jak mnie to podniecało.
Marek przyspieszył. Jedna ręka zsunęła mi się pod spód, trzy grube palce wcisnął w mokrą szparkę, kciuk zmiażdżył łechtaczkę, i zaczął mnie pieprzyć oboma otworami jednocześnie. Świat zawirował. Doszłam tak gwałtownie, że nogi ugięły mi się jak z waty, a krzyk urwał się w gardle w charkot. On nie zwolnił. Rżnął mnie przez orgazm, aż ciało drżało w niekontrolowanych falach, soki tryskały mu na dłoń i jaja. Dopiero kiedy zelżało, wyjął się z trzaskiem. Tyłek pulsował, otwarty, pusty, coś gęstego spływało mi po udach.
Podniósł mnie jak szmacianą lalkę i odwrócił twarzą do siebie. Posadził tyłkiem na zimnej pralce, uniósł moje blade nogi na swoje czarne ramiona i wbił się z powrotem w cipkę jednym mokrym pchnięciem. Byłam tak rozjebana i śliska, że wszedł do oporu bez oporu. Pieprzył mnie twarzą w twarz, patrząc w oczy, dłonie pod pośladkami unosząc mnie i opuszczając na fiuta jak na żerdź. Moje piersi ocierały się o jego twardą klatę, pot spływał nam po skórze, powietrze gęste od seksu i proszku.
— Spójrz na siebie — mruknął, kciukiem otwierając mi usta. — Żona Otta, z czarnym kutasem w środku, soki na pralce, łzy na policzkach. Kochasz to, prawda?
— Kocham… kurwa, kocham — szepnęłam, ssąc mu kciuk. — Jebiesz mnie lepiej niż on kiedykolwiek. Grubszy… głębszy… nie przestawaj.
Przyspieszył. Pralka dudniła pod nami jak szalona, metal stukał o rurę. Czułam, jak twardnieje jeszcze bardziej, jak zbliża się, ale znowu się powstrzymał. Wyjął, kutas lśniący, groźny, i otarł go o moje spuchnięte wargi cipki, smarując preejakulatem. Oddychałam równo, oczy zamglone.
— Na kolana — rozkazał. — Chcę ci zerżnąć gardło, aż będziesz charczeć. Potem znowu w dupę. I tym razem dojdziesz mi do środka, jak powiem.
Zsunęłam się, kolana uderzyły o beton. Otworzyłam usta szeroko, zanim jeszcze dotknął. Marek złapał mnie za włosy u nasady i wbił się od razu głęboko. Główka uderzyła o tylną ścianę gardła, zakrztusiłam się, ślina popłynęła strumieniem po brodzie i piersiach, łzy zalały oczy. Rżnął mi usta bez litości, mokry odgłos ssania i charczenia wypełnił piwnicę. Moje dłonie masowały mu jaja, ciężkie, pełne, a cipka znowu pulsowała pusto.
— Tak, Magda… ssij jak dobra biała dziwka — szeptał, pchaąc coraz głębiej. — Otto myśli, że naprawiamy pralkę. A ty masz czarnego fiuta w gębie po jajca.
Wyciągnął się z trzaskiem, długi sznur śliny połączył moje usta z jego kutasa. Oddychałam rwąco, twarz mokra, usta opuchnięte do granic. Marek uśmiechnął się wolno i odwrócił mnie z powrotem na czworaka przy rurach.
— Ręce na rurę. Tyłek wyżej.
Zrobiłam, jak kazał. Czułam, jak rozchyla mnie, jak zbiera soki z cipki i smaruje nimi ciasną dziurkę. Potem przyłożył główkę i cisnął. Wszedł wolniej tym razem, ale głębiej, aż jądra obiły mi się o pośladki. Stał nieruchomo chwilę, dając mi złapać oddech, a potem zaczął jebać. Długie, mocne pchnięcia, każde aż do oporu. Pralka stukała, rury grzały mi dłonie, moja cipka ociekała na beton w rytm.
— Powiedz głośno — warknął, dłonią na moim karku. — Co masz w dupie.
— Czarnego kutasa… Marka… w małżeńskiej dupie — łkałam, dochodząc znowu z samego rozciągania. Palce wsunął mi w cipkę, kciuk na łechtaczkę, i doprowadził mnie do trzeciego orgazmu, podczas gdy rżnął tyłek. Krzyczałam jego imię, nie dbając, czy ktoś usłyszy na górze. Blok mógł się walić.
Wyjął się, kiedy jeszcze drżałam. Podniósł mnie, przycisnął twarzą do chłodnej ściany, uniósł jedną nogę i wbijał od dołu na przemian — raz w cipkę, raz w tyłek, mokro, brudno, bez przerwy. Pot spływał nam po plecach, moje blade ciało kontrastowało z jego ciemną skórą przy każdym uderzeniu. Pocałował mnie w kark, zęby otarły się o skórę.
— Noc dopiero się rozkręca — szepnął mi do ucha, wbijając się głęboko w tyłek i zostawiając tam na chwilę. — Chcę cię na pralce na plecach, nogi za głową. Chcę dojść ci na twarz i na piersi, a potem znowu wbić się w tę mokrą dziurę, zanim stwardnieje. I chcę, żebyś błagała o więcej, kiedy Otto będzie już w drodze powrotnej.
Wyjął się, odwrócił mnie, posadził na pralce tyłkiem na samym brzegu. Uniósł moje nogi, zgiął je, przycisnął kolana do piersi, aż cipka i tyłek były całkowicie wystawione, otwarte, spuchnięte, lśniące. Stał nade mną z kutasa w dłoni, główka fioletowa, żyły grube, i spojrzał mi w oczy.
— Patrz — powiedział. — Patrz, jak cię jebię.
Wszedł w cipkę jednym pchnięciem. W tej pozycji czułam go aż pod żebra. Rżnął rytmicznie, kciukiem naciskając łechtaczkę, drugą ręką ściskając mi pierś. Doszłam czwarty raz, oblewając mu jaja, krzycząc bez tchu. On zwolnił, prawie wyciągnął się, otarł główkę o moje spuchnięte wargi, potem znowu wbił — tym razem w tyłek. Zmieniał otwory, pieprzył na przemian, aż straciłam rachubę, aż ciało było jedną wielką, pulsującą raną przyjemności.
Gdzieś nad nami ktoś spuścił wodę w toalecie. Marek uśmiechnął się dziko, nie przestając pchać.
— Słyszysz? Żyją. A my tu na dole. Jeszcze kilka godzin do świtu, Magda. A ja zamierzam napełnić cię tak, że jutro przy kawie z mężem będziesz czuła moje jebanie w każdym kroku. Chodź. Na czworaka przy drzwiach. Chcę cię zerżnąć tak, żebyś patrzyła na klamkę, za którą może ktoś wejść. I tym razem nie będę się trzymał.
Zsunęłam się z pralki na drżących, mokrych nogach. Uklękłam przy drzwiach piwnicy, pośladki wystawiłam, dłonie na zimnej klamce, i spojrzałam przez ramię. Marek klękał już za mną, kutas wciąż twardy jak stal, oczy czarne od głodu. Wiedziałam, że to wciąż środek nocy. Że Otto wraca o świcie. I że zanim to się stanie, ten czarny sąsiad zamierza spalić we mnie resztki przyzwoitości. Czekałam z biciem serca w gardle, rozjebana, otwarta, gotowa na kolejną falę, która miała dopiero nadejść.
Klęczałam przy drzwiach piwnicy, dłonie zaciśnięte na zimnej klamce, pośladki wysoko, i czułam, jak Marek klęka tuż za mną. Jego oddech był gorący na moim karku, a gruby, lśniący od moich soków kutas musnął najpierw spuchniętą cipkę, potem przesunął się wyżej i wbił się w tyłek jednym długim, bezlitosnym pchnięciem. Ryknęłam w metal drzwi, gdy wszedł do oporu, jądra obiły mi się o cipkę z mokrym klaskaniem. Bolało i paliło, ale rozciągało mnie tak kompletnie, że natychmiast znowu ociekłam.
— Patrz na tę klamkę — warknął, łapiąc mnie za biodra żelaznym chwytem. — Wyobraź sobie, że ktoś zaraz wejdzie. Że Otto wróci za wcześnie. A ty masz czarnego fiuta po jaja w małżeńskiej dupie.
Rżnął mocno, głęboko, biodra uderzały o mój biały tyłek tak, że skóra piekła i klaskała głośno. Każde pchnięcie wpychało mnie bliżej drzwi, klamka wciskała mi się w dłonie. Myślałam o tym, jak rano mąż pocałuje mnie w czoło, a ja będę czuła jeszcze to rozciągnięcie, tę pełność. Cipka drgała pusto, soki spływały mi po udach na beton. Marek wsunął mi trzy palce do środka, kciuk zmiażdżył łechtaczkę i zaczął pieprzyć oba otwory naraz. Doszłam gwałtownie, nogi ugięły się, krzyk urwał się w charkot, a on nie zwolnił ani na sekundę — rżnął mnie przez orgazm, aż ciało szarpało się w niekontrolowanych falach.
Wyjął się z trzaskiem, kiedy jeszcze drżałam. Podniósł mnie jak lalkę, odwrócił twarzą do siebie i przycisnął plecami do drzwi. Uniósł moje blade nogi, owinął je wokół swoich czarnych bioder i wbił się z powrotem w cipkę jednym mokrym ruchem. Wszedł do oporu bez oporu — byłam tak rozjebana i śliska. Pieprzył mnie stojąc, twarzą w twarz, dłonie pod tyłkiem unosząc mnie i opuszczając na fiuta jak na żerdź. Moje piersi ocierały się o jego twardą klatę, pot spływał nam po skórze, powietrze gęste od seksu, proszku i wilgoci.
— Spójrz mi w oczy, Magda — mruknął, kciukiem otwierając mi usta. — Powiedz, czyj kutas cię jebie lepiej.
— Twój… kurwa, twój — szepnęłam, ssąc mu kciuk, smakując sól i siebie. — Grubszy niż Otto… głębszy… rozciągasz mnie tak, że zapominam, jak się nazywam. Nie przestawaj. Zerżnij mnie mocniej.
Przyspieszył. Drzwi stukały lekko przy każdym uderzeniu, metal drżał. Czułam, jak twardnieje jeszcze bardziej w środku, jak żyły pulsują o moje ścianki, ale znowu się powstrzymał. Wyjął, otarł lśniącą główkę o moje spuchnięte wargi cipki, smarując preejakulatem, potem zsunął mnie na kolana.
— Gardło. Teraz. Chcę, żebyś charczała.
Otworzyłam usta szeroko, zanim jeszcze dotknął. Złapał mnie za jasne włosy u nasady i wbił się od razu głęboko. Główka uderzyła o tylną ścianę gardła, zakrztusiłam się, ślina popłynęła strumieniem po brodzie, po piersiach, po brzuchu, łzy zalały oczy. Rżnął mi usta bez litości, mokry odgłos ssania i charczenia wypełnił całą pralnię. Moje dłonie masowały mu ciężkie jaja, fullne, napięte, a cipka znowu pulsowała pusto, ociekając na beton. Otto nigdy nie brał mnie tak. Otto prosił. Marek brał.
— Tak, biała dziwko… ssij do końca — szeptał, pchaąc coraz głębiej, aż nos musnął mu brzuch. — Otto myśli, że grzebiemy w bębnie. A ty masz czarnego fiuta po jajca w gębie i łzy na policzkach.
Wyciągnął się z trzaskiem, długi sznur śliny połączył moje opuchnięte usta z jego kutasa. Oddychałam rwąco, twarz mokra, usta pulsujące. Marek uśmiechnął się wolno, dziko, i podniósł mnie znowu. Posadził tyłkiem na pralce, na samym brzegu, uniósł moje nogi, zgiął je i przycisnął kolana do piersi, aż cipka i tyłek były całkowicie wystawione, otwarte, spuchnięte, lśniące od soków. Stał nade mną, kutas w dłoni, główka fioletowa, żyły grube jak sznury.
— Patrz — rozkazał. — Patrz, jak cię jebię na tej pralce twojego męża.
Wszedł w cipkę jednym pchnięciem. W tej pozycji czułam go aż pod żebra, rozciągał mnie do granic, jądra obijały mi się o tyłek. Rżnął rytmicznie, kciukiem naciskając łechtaczkę, drugą ręką ściskając mi pierś, palce wpinając w sutek. Doszłam piąty raz, oblewając mu jaja gęstymi sokami, krzycząc bez tchu jego imię. On zwolnił, prawie wyciągnął się, otarł główkę o spuchnięte wargi, potem znowu wbił — tym razem prosto w tyłek. Zmieniał otwory bez przerwy, pieprzył na przemian, mokro, brudno, aż straciłam rachubę, aż ciało stało się jedną wielką, pulsującą raną przyjemności. Pralka dudniła pod nami jak szalona, metal stukał o rurę.
Gdzieś nad nami ktoś przeszedł korytarzem, kroki wyraźne. Marek nie zwolnił. Uśmiechnął się jeszcze dzikiej, wbijając się głęboko w tyłek i zostawiając tam na chwilę, pełny, pulsujący.
— Słyszysz ich? — szepnął mi do ucha, zęby ocierając o kark. — Blok żyje. A my tu na dole jebiemy się jak zwierzęta. Chcę cię jeszcze raz na czworaka przy pralce. Chcę wjechać ci w tyłek tak mocno, że będziesz błagać. Potem znowu w cipkę. I chcę, żebyś doszła mi na fiucie, kiedy powiem. Noc jest wciąż długa, Magda. Otto wraca o świcie. A ja zamierzam napełnić cię tak, że jutro przy kawie będziesz czuła moje jebanie w każdym kroku, w każdym siadaniu, w każdym pocałunku męża.
Wyjął się, odwrócił mnie, zsunął na beton. Uklękłam przy pralce, ręce na metalowej pokrywie, pośladki wystawione wysoko. Czułam, jak jego duże czarne dłonie rozchylają mnie szeroko, jak zbiera soki z cipki i smaruje nimi ciasną, już rozbitą dziurkę z tyłu. Potem przyłożył główkę i cisnął. Wszedł wolniej tym razem, ale głębiej, aż jądra obiły mi się o pośladki z mokrym dźwiękiem. Stał nieruchomo chwilę, dając mi złapać oddech, a potem zaczął jebać. Długie, mocne pchnięcia, każde aż do oporu, każde wywołujące nową falę pieczenia i słodkiego rozciągnięcia. Moja cipka ociekała na podłogę w rytm, nie tknięta, drgając sama z siebie.
— Powiedz głośno — warknął, dłoń na moim karku, przyciskając twarz bliżej pralki. — Co masz w tej białej małżeńskiej dupie.
— Czarnego kutasa Marka… całego… w dupie żony Otta — łkałam, głos łamiący się przy każdym uderzeniu. — Zerżnij mnie… napełnij… kurwa, nie przestawaj…
Wsunął mi znowu palce w cipkę, kciuk na łechtaczkę, i doprowadził mnie do szóstego orgazmu, podczas gdy rżnął tyłek bez litości. Krzyczałam jego imię, nie dbając już o nic — o kroki na górze, o rury, o to, że drzwi piwnicy nie miały zamka. Blok mógł się walić. Ciało drżało w falach, soki tryskały mu na dłoń i jaja, a on nie zwolnił. Pieprzył mnie przez orgazm, aż nogi stały się z waty, aż widziałam gwiazdy za zamkniętymi powiekami.
Dopiero kiedy zelżało, wyjął się z trzaskiem. Tyłek pulsował, otwarty, pusty, coś gęstego i gorącego spływało mi po udach na beton. Podniósł mnie znowu, posadził na pralce twarzą do siebie, nogi oplotłem mu wokół bioder. Wbił się z powrotem w cipkę jednym długim, mokrym pchnięciem. Byłam tak śliska i rozciągnięta po wszystkim, że wszedł do samego końca bez oporu. Pieprzył mnie powoli teraz, głęboko, patrząc w oczy, dłonie pod tyłkiem unosząc mnie i opuszczając. Pot spływał nam po skórze, moje blade piersi ocierały się o jego ciemną, twardą klatę. Pocałował mnie brudno, język głęboko, smakując moje łzy i ślinę.
— Jeszcze nie skończyłem — powiedział ochryple między pchnięciami. — Chcę, żebyś doszła jeszcze raz, oblewając mi jaja. Potem znów na kolana. Chcę ci zerżnąć gardło, aż będziesz charczeć o więcej. I chcę wjechać z powrotem w tyłek, kiedy już będziesz błagać. Otto jest w drodze dopiero za kilka godzin. A ja mam zamiar spalić we mnie każdą myśl o nim.
Przyspieszył znowu. Pralka dudniła jak szalona pod nami, metal stukał o rurę w rytm jebania. Czułam, jak twardnieje jeszcze bardziej, jak zbliża się do krawędzi, ale znowu się powstrzymał w ostatniej chwili. Wyjął, kutas lśniący, groźny, gruby, i otarł go o moje spuchnięte wargi cipki, smarując. Oddychałam równo, oczy zamglone, ciało roztrzaskane i jednocześnie już znowu głodne. Gdzieś nad nami ktoś spuścił wodę. Marek uśmiechnął się wolno, kciukiem otarł mi łzę z policzka, potem ślinę z brody.
— Słyszysz? Żyją swoim życiem. A my tu. Chodź. Na czworaka przy rurach znowu. Chcę zobaczyć, jak ten biały tyłek łyka mnie do końca. I tym razem nie będę delikatny ani trochę. Chcę, żebyś krzyczała. Chcę, żebyś mówiła, jak bardzo kochasz czarnego fiuta w każdej dziurce. Noc dopiero się rozkręca, Magda. A ja zamierzam napełnić cię tak dokładnie, że jutro przy śniadaniu z mężem będziesz czuła mnie w każdym ruchu bioder, w każdym oddechu.
Zsunęłam się z pralki na drżących, mokrych nogach. Uklękłam przy gorących rurach, pośladki wystawiłam wysoko, dłonie na metalu, i spojrzałam przez ramię. Marek klękał już za mną, dłoń na swoim kutasie, oczy czarne od głodu, kutas wciąż twardy jak stal, lśniący od wszystkiego, co z niego spływało. Serce biło mi w gardle. Wiedziałam, że to wciąż środek nocy. Że Otto wraca o świcie. I że zanim to się stanie, ten czarny sąsiad zamierza spalić we mnie resztki przyzwoitości, wierności, wszystkiego. Czekałam z biciem serca, rozjebana, otwarta, ociekająca, gotowa na kolejną falę, która miała dopiero nadejść — mocniejszą, brudniejszą, głębszą.
Klęczałam przy rurach z pośladkami wysoko, dłonie palące się od gorącego metalu, kiedy Marek wbił się we mnie jednym długim, bezlitosnym pchnięciem prosto w tyłek. Ryknęłam w beton, gdy jego gruby, ciemny kutas rozsunął mnie do samego końca, jądra obiły mi się o spuchniętą cipkę z mokrym, głośnym klaskaniem. Bolało jak ogień, ale od razu zamieniło się w słodkie, pulsujące rozciągnięcie, które sprawiło, że soki trysnęły mi z nietkniętej dziurki na podłogę.
— Bierz… kurwa, bierz całego — warknął, łapiąc mnie za biodra żelaznymi dłońmi i zaczynając rżnąć. Mocno. Głęboko. Biodra uderzały o mój biały tyłek tak, że skóra piekła i klaskała echem po całej pralni. Każde pchnięcie wpychało mnie bliżej rur, metal wbijał mi się w dłonie, a ja czułam każde wybrzuszenie żyły w środku, każde drżenie jego ciała. Myślałam o Ottcie — jak za parę godzin pocałuje mnie w czoło, a ja będę miała jeszcze w dupie wrażenie tego czarnego fiuta. I kurwa, jak mnie to jebało od środka.
Marek przyspieszył. Jedna ręka zsunęła się pod spód, trzy grube palce wcisnął mi w mokrą, ociekającą cipkę, kciuk zmiażdżył nabrzmiałą łechtaczkę i zaczął pieprzyć mnie oboma otworami naraz. Świat eksplodował. Doszłam siódmy raz tak gwałtownie, że nogi ugięły się jak z waty, krzyk urwał się w charkot, a soki trysnęły mu na dłoń i jaja. On nie zwolnił ani na sekundę. Rżnął mnie przez orgazm, aż ciało szarpało się w niekontrolowanych falach, aż widziałam gwiazdy za powiekami, aż łzy spływały mi po nosie na beton.
Wyjął się z trzaskiem, kiedy jeszcze drżałam. Tyłek pulsował, otwarty, pusty, gęste soki spływały mi po udach. Podniósł mnie jak lalkę, odwrócił twarzą do siebie i posadził tyłkiem na zimnej pralce. Uniósł moje blade nogi na swoje potężne czarne ramiona, zgiął je, przycisnął kolana do piersi, aż cipka i tyłek były całkowicie wystawione, spuchnięte, lśniące. Stał nade mną z kutasa w dłoni, główka fioletowa, żyły grube jak sznury, preejakulat kapie.
— Patrz mi w oczy, Magda — rozkazał ochryple. — Patrz, jak cię napełniam.
Wbił się w cipkę jednym pchnięciem. W tej pozycji czułam go aż pod żebra, rozciągał mnie do granic, jądra obijały mi się o tyłek. Rżnął rytmicznie, kciukiem naciskając łechtaczkę, drugą ręką ściskając pierś, palce wpinając w twardy sutek. Moje blade ciało kontrastowało z jego ciemną skórą przy każdym uderzeniu, pot spływał nam strumieniami, powietrze gęste od seksu, proszku i wilgoci. Doszłam ósmy raz, oblewając mu jaja gęstymi sokami, krzycząc jego imię bez tchu.
— Marek… jebiesz mnie… tak głęboko… kocham ten czarny kutas…
On zwolnił, prawie wyciągnął się, otarł lśniącą główkę o moje spuchnięte wargi, potem znowu wbił — tym razem prosto w tyłek. Zmieniał otwory bez przerwy, pieprzył na przemian, mokro, brudno, aż straciłam rachubę. Pralka dudniła pod nami jak szalona, metal stukał o rurę w rytm. Gdzieś nad nami ktoś przeszedł korytarzem, kroki wyraźne. Marek uśmiechnął się dziko, nie przestając pchać.
— Słyszysz? — szepnął, zęby ocierając o mój kark. — Blok żyje. A ty masz czarnego fiuta w małżeńskiej dupie. Powiedz głośno, czyj jesteś teraz.
— Twój… kurwa, twój — łkałam, głos łamiący się. — Zerżnij mnie do końca… napełnij mnie… chcę czuć twoje spierdolenie jutro przy kawie z Ottem…
Wyjął się, zsunął mnie na kolana przy pralce. Otworzyłam usta szeroko, zanim jeszcze dotknął. Złapał mnie za jasne włosy u nasady i wbił się od razu głęboko w gardło. Główka uderzyła o tylną ścianę, zakrztusiłam się, ślina popłynęła strumieniem po brodzie, po piersiach, po brzuchu, łzy zalały oczy. Rżnął mi usta bez litości, mokry odgłos ssania i charczenia wypełnił piwnicę. Moje dłonie masowały mu ciężkie, pełne jaja, napięte do pęknięcia, a cipka znowu pulsowała pusto, ociekając na beton.
— Tak, biała dziwko… ssij do jajec — warknął, pchaąc coraz głębiej, aż nos musnął mu brzuch. — Otto wraca o świcie. A ty masz czarnego fiuta po jajca w gębie.
Wyciągnął się z trzaskiem, długi sznur śliny połączył moje opuchnięte usta z jego kutasa. Oddychałam rwąco, twarz mokra. Podniósł mnie znowu, przycisnął plecami do drzwi piwnicy, uniósł jedną nogę i wbijał od dołu na przemian — raz w cipkę, raz w tyłek. Pot spływał nam po plecach, moje blade uda drżały na jego czarnych biodrach. Pocałował mnie brudno, smakując ślinę i łzy.
— Jeszcze raz na czworaka — rozkazał. — Przy drzwiach. Chcę dojść ci w dupę, patrząc jak trzymasz klamkę.
Uklękłam, dłonie na zimnej klamce, pośladki wysoko. Marek klęknął za mną, rozchylił mnie szeroko, zbierał resztki soków i smarował nimi rozbitą dziurkę. Potem przyłożył główkę i cisnął. Wszedł do oporu za jednym razem. Ryknęłam, kiedy zaczął rżnąć naprawdę hardcore — długie, mocne pchnięcia aż do samego końca, biodra klaskające o mój tyłek jak bicie. Jedna ręka na karku przyciskała mnie do drzwi, druga pod spodem, palce w cipce, kciuk na łechtaczce.
— Kocham czarnego kutasa w swojej małżeńskiej dziurce — krzyczałam, dochodząc dziewiąty raz. Ciało drżało w falach, soki tryskały, a on przyspieszył jeszcze bardziej. Czułam, jak twardnieje do bólu, jak żyły pulsują, jak oddech staje się rwany.
— Biorę cię… całą… — warknął basowo. — Jebana żona sąsiada… moja na tę noc…
Wbił się głęboko w tyłek i doszedł z głośnym, animalnym pomrukiem. Gorące, gęste spierdolenie strzelało we mnie falami, napełniało, pulsowało, wylewało się przy każdym drżeniu jego ciała. Czułam, jak wypełnia mnie do oporu, jak spływa już po udach na beton razem z moimi sokami. On rżnął jeszcze kilka razy przez orgazm, wpychając swoje nasienie głębiej, aż jądra obiły mi się ostatni raz. Potem zamarł, kutas wciąż twardy i drgający w środku, oddech gorący na moim karku.
Wyjął się powoli, z mokrym dźwiękiem. Tyłek pulsował, otwarty, pełen jego spermy, która spływała gęstymi strugami po moich bladych udach, po cipce, na brudną podłogę pralni. Nogami nie mogłam ustać. Marek podniósł mnie delikatniej teraz, posadził tyłkiem na pralce, która była już ciepła od naszych ciał. Oplotłam go nogami słabo, głowa opadła mu na ramię. Jego ciemna dłoń gładziła mi spocone plecy, kutas wciąż półtwardy ocierał się o moje udo, lśniący od wszystkiego.
Leżeliśmy tak w ciszy, tylko nasze oddechy i brzęczenie rur. Pralnia pachniała seksem, potem, detergentem i spierdoleniem. Między nogami miałam mokro, gorąco, pełno — jego nasienie ociekało ze mnie powoli, a cipka i tyłek pulsowały tępym, słodkim bólem rozciągnięcia. Serce waliło mi jeszcze jak młot. Marek pocałował mnie w skroń, wolno, brudno.
— Jutro… — szepnął ochryple — będziesz czuła mnie przy każdym kroku.
Kiwnęłam głową, nie otwierając oczu. Wiedziałam. Kiedy Otto wróci o świcie i pocałuje mnie w czoło, ja nadal będę pachnieć Markiem — jego skórą, jego jebaniem, jego spierdoleniem w każdej dziurce. Pralka była naprawiona. A ja byłam rozjebana na dobre. Noc skończyła się dokładnie tak, jak chciałam.
Rate this story
Popular Collections
Browse Categories