Szept Przyjaciela Wśród Marmurów
28-letnia biała kuratorka Yvonne klęka przed czarnoskórym rzeźbiarzem Trentem i ostro się ruchają wśród marmurowych rzeźb.
Yvonne miała dwadzieścia osiem lat i od trzech lat była kuratorką w muzeum, elegancką, zawsze perfekcyjnie ubraną białą Polką, której ciało w obcisłej czarnej sukience przyciągało wzrok nawet wtedy, gdy starała się tego nie zauważać. Zamknięta sala wystawowa pachniała pyłem marmuru i chłodem. Trent, trzydziestodwuletni czarnoskóry amerykański rzeźbiarz, stał obok niej przy pierwszej rzeźbie, potężna sylwetka w czarnej koszuli, ramiona szerokie jak belki, głos niski i głęboki jak wibracja kamienia.
— Twoje biodra w tej sukience wyglądają jakby sam marmur chciał je objąć — powiedział od razu, bez ogródek, patrząc jej prosto w oczy. — Kurwa, Yvonne, od progu czuję, jak mi twardnieje na twój tyłek.
Ona poczuła wilgoć między nogami już na dźwięk tego głosu. Serce zabiło mocniej. Prowadziła go dalej między białymi postaciami, a każde jego spojrzenie spływało po jej piersiach, biodrach, pośladkach. Flirt iskrzył od pierwszej chwili — on otwarcie komplementował jej ciało, ona odpowiadała półuśmiechem i delikatnym ocieraniem się o jego ramię, kiedy przechodzili między rzeźbami.
Przy wielkiej kompozycji przedstawiającej nagą parę splecioną w uścisku zatrzymali się. Marmurowe ciała były gładkie, napięte, kutas rzeźby wbity głęboko w kamienną cipkę. Trent stanął tuż za Yvonne, prawie dotykając jej tyłka.
— Szeptam ci po polsku, tak? — mruknął z akcentem, gorące oddechy w jej włosy. — Chcę cię zerżnąć na tym marmurze. Rozjebać twoją ciasną białą cipkę moim czarnym kutasem, aż będziesz krzyczeć. Patrzysz na tę rzeźbę i myślisz o tym samym, prawda? Twoje cycki już się spinają.
Yvonne czerwieniała, policzki płonęły, ale nie uciekła. Wręcz przeciwnie — sama przycisnęła się do niego biodrami, poczuła twardy, gruby wałek jego fiuta przez spodnie. Odwróciła głowę, spojrzała mu w oczy, głos niski, ochrypły.
— Od godziny, Trent. Od pierwszej chwili, kiedy wszedłeś, jestem mokra. Chcę poczuć twojego wielkiego czarnego kutasa. Głęboko. Teraz. Zaraz. Rżnij mnie wśród tych rzeźb, zanim ktoś przyjdzie.
Oboje byli entuzjastyczni, zdecydowani. On złapał ją za biodra, przycisnął mocniej.
— Dobra, moja biała kurwo. Klękaj.
Yvonne opadła na kolana na chłodnej podłodze. Rozpięła mu spodnie drżącymi palcami, wyciągnęła ogromnego czarnego fiuta — grubego, żyłkowanego, ciemnego jak heban, z szeroką żołędzia już wilgotną od preejakulatu. Wzięła go do ust głęboko, ssąc chciwie, ślina spływała po brodzie, gdy wpychała sobie gardło. Trent syczał, trzymał ją za włosy, pchał biodrami.
— Tak, bierz cały. Ssij mojego czarnego kutasa jak głodna dziwka. Głębiej, Yvonne. Czuję twoje gardło.
Ona bzykała mokro, ssała z głośnymi odgłosami, ręką masowała jaja, drugą trzymała się jego uda. Cipka pulsowała, soki spływały po udach pod sukienką. Po chwili wstał, podniósł ją, odwrócił twarzą do marmurowego postumentu. Zdjął jej majtki, podwinął sukienkę, ustawił w pozycji doggy — dłonie na gładkim kamieniu, tyłek wystawiony. Wszedł jednym mocnym pchnięciem, gruby kutas rozciągnął jej ciasną, mokrą dziurę do granic.
— Kurwa, jaka ciasna — warknął, trzymając ją mocno za biodra, palce wbijały się w białe mięso. Rżnął ostro, bez litości, biodra uderzały o jej pośladki z mokrym klaskaniem. — Biorę twoją białą cipkę. Patrz na te rzeźby, kiedy cię jebię.
Yvonne jęczała głośno, piersi kołysały się, sutki ocierały o sukienkę. On rżnął głęboko, wyciągał prawie do końca i wbijał znowu, aż jej soki pryskały na marmur. Potem obrócił ją twarzą do siebie, podniósł jedną nogę wysoko, wpiął się stojąc, trzymając ją pod kolanem. Pieprzył w tej pozycji, kutas wchodził jeszcze głębiej, uderzał w najgłębszy punkt.
— Moja biała dziwka — syczał jej do ucha. — Słuchaj, jak błagasz. Powiedz.
— Głębiej, Trent, proszę, jeszcze głębiej, zerżnij mnie swoim wielkim czarnym kutasem, napełnij mnie — błagała, paznokcie wbijając w jego ramiona, nogi drżały. Orgazm narastał, cipka zaciskała się konwulsyjnie.
Ustawił ją na postumencie, usiadł, wciągnął ją na siebie w pozycji na jeźdźca. Yvonne sama się nabijała, mocno bujała biodrami, podskakiwała na jego fiucie, cycki wyskoczyły z dekoltu, on ssał je chciwie. Ruchami okrężnymi, potem góra-dół, rżnęła się o niego z całą siłą, pośladki klaskały o jego uda.
— Tak, jeźdź, kurwo, bierz cały — mruczał, trzymając jej biodra.
Doszła głośno, krzycząc, ciało wstrząsane falami, cipka pompowała wokół kutasa, soki lały się po jego jajach i marmurze. On jeszcze kilka razy pchnął od dołu i spuścił głęboko w nią — gorące, gęste spusty strzelały jej do macicy, wypełniały, wyciekały po bokach kiedy jeszcze drżała na nim.
Yvonne opadła piersiami na jego klatkę, drżąc z orgazmu, usta przy jego ustach. Szepnęła prosto w nie, głos chrapliwy:
— Chcę to powtórzyć jutro w twoim hotelu. Całą noc. Żebym nie mogła chodzić. Twój kutas jeszcze we mnie pulsuje... i już chcę znowu.
Trent uśmiechnął się krzywo, nadal twardy w jej pełnej spermy cipce, dłonie ściskały jej tyłek.
— Jutro rano przyjdziesz do mnie. I zostaniesz, aż cię do reszty rozjebię. Ale najpierw... jeszcze raz tu, zanim wyjdziemy. Bo ten marmur dopiero się nagrzewa od twojej dziwki.
Ona skinęła, już znowu poruszając biodrami, czując jak jego kutas znowu twardnieje w jej środku, a w głowie kłębiły się obrazy hotelowego łóżka, kolejnych pozycji i tego, jak jutro będzie błagać jeszcze głośniej.
Yvonne poruszyła biodrami powoli, czując, jak Trent twardnieje z powrotem w jej pełnej spermy cipce. Gęsta, gorąca maź wyciekała już po bokach jego kutasa, spływała po jajach i kapła na marmurowy postument, mieszając się z jej sokami. Sala była cicha poza ich oddechami i mokrym odgłosem, kiedy ona zaczęła się znowu nabijać. Cycki miała nadal wywalone z dekoltu, sutki stwardniałe, czerwone od jego ssania. Trent złapał je oburącz, ścisnął mocno, kciukami ocierając główki.
— Kurwa, Yvonne, twoja biała dziura nadal mnie ssie. Jeszcze cieplejsza od mojego spustu. Ruszaj się szybciej, kurwo. Chcę usłyszeć, jak klaska twoja mokra cipka.
Ona jęknęła i przyspieszyła, podskakując na nim z całej siły. Pośladki uderzały o jego uda z głośnym, wilgotnym dźwiękiem. Każde zejście wbijało go aż po jaja, rozpychając ją od środka, wyciskając resztki spermy. Myślała tylko o tym, jak grube ma żyły, jak szeroka żołądź trze o jej punkt, jak zaraz znowu eksploduje. Trent uniósł biodra od dołu, doganiając jej ruchy, rżnąc ostro w górę.
— Tak, bierz, bierz cały czarny kutas. Patrz na te marmurowe cipki dookoła. One też by chciały, ale tylko ty jesteś moją żywą dziwką.
Odwrócił ją nagle, nie wyjmując. Położył na postumencie na plecach, podniósł jej nogi wysoko, prawie do uszu, i wbił się stojąc. Sukienka była cała zmięta pod nią, majtki leżały gdzieś na podłodze. Marmur był zimny pod plecami, ale jego ciało paliło. Pieprzył głęboko, rytmicznie, jaja uderzały o jej tyłek. Yvonne krzyczała bez hamulca, paznokcie szurały po gładkim kamieniu.
— Głębiej, Trent, rozjeb mnie, napełnij znowu — błagała ochryple. — Twoja sperma jeszcze we mnie bulgocze, a ja chcę więcej. Zerżnij moją białą cipkę na śmierć.
On pochylił się, wziął jej sutek w usta, gryzł lekko, ssał, jednocześnie rżnąc bez litości. Potem wyciągnął się prawie do końca i wbił z hukiem, powtarzając, aż soki pryskały na jego brzuch i na pobliską rzeźbę nagiej kobiety. Yvonne doszła znowu, ciało wygięte w łuk, cipka zaciskająca się konwulsyjnie, pompująca wokół niego. Krzyczała jego imię, drżąc, a on nie zwalniał.
Wyciągnął się mokro, odwrócił ją na brzuch na samym postumencie. Tyłek wystawiony, nogi zwisały. Rozchylił pośladki kciukami i wsunął z powrotem jednym pchnięciem. Rżnął doggy, trzymając ją za biodra tak mocno, że zostawiały się białe ślady na skórze. Klaskanie było głośniejsze, mokre, obsceniczne. Każde pchnięcie wpychało air i soki, które bulgotały przy wyciąganiu.
— Słyszysz to? Twoja dziwka-cipka mlaska na mój kutas. Biała kurwo muzealna, rżnięta wśród rzeźb. Powiedz, jak bardzo tego chcesz.
— Chcę, kurwa, chcę całego, aż po jaja, napełnij mnie znowu, Trent, spuść się we mnie jak w dziurę — szeptała i krzyczała na przemian, twarz przyciśnięta do marmuru. W głowie kłębiło się tylko to: grubość, ciepło, sposób, w jaki rozciągał ją do granic, jak jej ścianki trzymały go kurczowo.
Po chwili podniósł ją, postawił twarzą do wielkiej rzeźby pary. Kazał jej chwycić marmurowego kutasa rękami, a sam wszedł od tyłu znowu. Pieprzył, przyciskając jej cycki do zimnego kamienia. Sutki ocierały się o gładką powierzchnię przy każdym uderzeniu. Ona trzymała kamiennego fiuta, jakby on też brał udział, i myślała brudno, że jutro w hotelu będzie jeszcze gorzej, dłużej, brudniej.
Trent wyciągnął się, odwrócił ją, kazał klękać znowu. Yvonne opadła na kolana między rzeźbami, wzięła ociekającego kutasa do ust. Smakowała siebie i jego spust, ssała chciwie, ślina i maź spływały po brodzie na cycki. On trzymał jej głowę, pchał do gardła.
— Wyczyść, dziwko. Ssij, aż znowu będę twardy jak ten marmur. Potem rżnę cię stojąc przy oknie, żebyś widziała miasto, jak cię napełniam.
Ona bzykała głośno, dławiąc się, ręką masując jaja. Cipka pulsowała pusta, soki lały się po udach. Kiedy był znowu kamienny, wstał, podniósł ją, wsadził nogę na postument i wbił się w stojącej pozycji. Trzymał pod kolanem, rżnął głęboko, uderzając o najdalszy punkt. Yvonne trzymała się jego szyi, jęczała mu w usta, kiedy całował brudno, język w język.
— Jeszcze, jeszcze, napełnij — szeptała. Orgazm budował się trzeci raz, fale szły od cipki po brzuch, po cycki. On przyspieszył, biodra pracowały jak tłok, jaja uderzały.
Doszedł z warknięciem, strzelając znowu głęboko, gorące spusty wypełniały ją do pełna, wyciekały od razu po udach na marmur. Ona poszła za nim, krzycząc, zaciskając się, dojąc go do ostatniej kropli. Oboje drżeli, spoceni, dyszący. Trent nadal w niej, wolno poruszał biodrami, wyciskając resztki.
Yvonne opadła na niego, usta przy uchu.
— Hotel. Jutro. Całą noc. Żebym nie mogła siedzieć. Twój czarny kutas ma mnie zniszczyć.
On ścisnął jej tyłek, pocałował w szyję.
— Przyjdziesz. I zostaniesz, aż rano będziesz tylko mokrym bałaganem.
Wstała powoli, sperma spływała jej po nogach, kiedy poprawiała sukienkę. Zdjęła majtki z podłogi, ale nie założyła — schowała do torebki. Trent zapiął spodnie, uśmiechnął się krzywo. Pocałowali się jeszcze raz twardo, brudno, smakując siebie.
Wyszli z sali razem, korytarz pusty. Yvonne szła nierówno, czując, jak wszystko w niej pulsuje i cieknie. W windzie przycisnął ją do ściany, ręką pod sukienką, palce wślizgnęły się w pełną cipkę.
— Jeszcze mokra i pełna. Dobra dziewczyna.
Wyszli na zewnątrz. Nocne powietrze schłodziło skórę. Umówili się szeptem na rano, adres hotelu, numer pokoju. Pocałunek na pożegnanie był długi, obiecujący.
Yvonne wróciła do mieszkania, legła na kanapie, nogi szeroko, palce wsuwając w siebie, rozmazując jego spust, myśląc o jutrze. Telefon zawibrował. Wiadomość od szefowej muzeum: „Rzeźby Trenta sprzedane prywatnemu kolekcjonerowi. Jutro pakowanie. Artysta wraca do USA dziś wieczorem lotem. Dzięki za oprowadzenie.”
Yvonne spojrzała na ekran, potem na swoje uda wciąż lśniące od niego, i zrozumiała, że hotelowego numeru nigdy nie było.
Rate this story
Coś nie tak z tą historią?
Popular Collections
Browse Categories