Rozwódka z sąsiedztwa oddaje mi tył w ciemnym muzeum
28-letni Marek rżnie w dupę 42-letnią rozwódkę z sąsiedztwa w ciemnym muzeum.
Marek, dwudziestoośmioletni księgowy z twarzą zawsze trochę zbyt poważną do własnego wieku, stał przed szklanymi drzwiami Muzeum Sztuki Nowoczesnej i sprawdzał bilet po raz trzeci. Darmowy, z promocji banku, w którym pracował — nikt normalny nie chodziłby tu w środku tygodnia o ósmej wieczorem, ale Marek nie pretendował do normalności. W biurze mówili na niego „ten, co liczy grosze nawet we śnie”. On sam uważał, że ma prawo do odrobiny kultury, nawet jeśli kultura wyglądała jak zbita rura w betonie i nazywała się instalacją.
Sala wejściowa była prawie pusta. Cisza, przyciemnione światła, zapach farby i podłogi umytej czymś, co pachniało cytryną. Marek szedł wolno, kiedy nagle usłyszał znajomy, niski śmiech.
— No proszę. Nasz sąsiad-księgowy w muzeum. Świat się kończy.
Odwrócił się. Katarzyna. Czterdzieści dwa lata, rozwódka z czwartego piętra, ta, którą znał z windy i z plotek o tym, że jej ex wolał grę w piłkę niż jej tyłek. Wysoka, blond, z twarzą zadziorną jakby zawsze miała ochotę kogoś zjeść albo wyśmiać — albo jedno i drugie naraz. Spódnica ołówkowa obcisła jak skóra, bluzka lekko rozpięta, a tyłek… Boże, ten tyłek. Szeroki, jędrny, taki, że windziarzowi opadała szczęka za każdym razem, gdy ona wchodziła.
— Katarzyna — przywitał się Marek, czując, jak uszy mu się robią cieplejsze. — Też… sztuka?
— Sztuka, tatuaże na ścianach, jak zwał. A ty? Darmowy bilet, prawda? Nudny chłopiec z promocją.
Uśmiechnęła się krzywo i podeszła bliżej. Pachniała perfumami i czymś ostrzejszym, jakby właśnie wypiła espresso i uznała, że wieczór dopiero się zaczyna.
— Lubię ciemne sale — dodała półgłosem, kiedy szli w głąb korytarza. — W jasnych widać za dużo nudy. A w ciemnych… no, wiesz. Czasem człowiek odkrywa, że lubi rzeczy, o których w windzie nie gada.
Marek chrząknął. Próbował żartować, bo panika flirciarska zawsze go brała za gardło.
— Ja lubię równania. One się nie śmieją z moich żartów.
— No właśnie. Nudni chłopcy. — Katarzyna trąciła go ramieniem. — A ja lubię, jak ktoś wreszcie przestaje liczyć i zaczyna brać. Zwłaszcza w miejscach, gdzie kamery myślą, że nikt nie ma jaj.
Szli dalej. Sale były słabo oświetlone, prawie puste — tylko jakiś starszy pan w oddali, potem zniknął. Katarzyna szła przed nim, a jej biodra pracowały jak dobrze naoliwiona maszyna. Nagle, w przejściu między dwiema instalacjami ze stali, celowo się o niego otarła. Jej duży, miękki tyłek wcisnął się prosto w jego krocze. Marek wciągnął powietrze przez zęby.
— O, wreszcie mam się o co oprzeć — rzuciła przez ramię, śmiejąc się cicho. — Myślałam, że księgowi noszą tylko teczki. A tu proszę, twardy dowód, że nie wszystko w życiu jest w Excelu.
— To przez ciebie — odgryzł się, zaskoczony własną odwagą. — Ten tyłek powinien mieć osobny katalog w muzeum. „Dzieło, którego nie wolno dotykać… chyba że bardzo chcesz”.
Katarzyna parsknęła śmiechem. Obróciła się, stanęła twarzą w twarz, a potem odwróciła się znowu i podała mu tyłek bliżej, prawie zapraszająco. Marek, z sercem walącym jak młot, klepnął ją lekko w pośladek. Jędrny, ciepły, idealny. Ona tylko westchnęła z udawaną oburą i szła dalej.
— Brawo, nudny chłopcze. Zaczynasz żyć.
Ostatnia sala była prawie czarna. Jedno blade światło w kącie, wielkie płótno w odcieniach grafitu, które wyglądało jak dziura w przestrzeni. Nikogo. Drzwi za nimi zamknęły się z cichym szczękiem. Katarzyna stanęła pod ścianą, oparła się barkami i spojrzała na Marka tak, że jego spodnie nagle zrobiły się zdecydowanie za ciasne.
— Słuchaj — powiedziała prosto, bez owijania. Głos miała niski, rozbawiony i głodny naraz. — Od miesięcy, odkąd widzę cię w tej cholernej windzie z twoją teczką i tą miną „liczę podatki”, chcę poczuć twojego kutasa w swoim tyłku. Porządnie. Głęboko. Czy masz ochotę mnie tam zerżnąć, zanim strażnik przypomni sobie, że istnieje?
Marek otworzył usta, zamknął, potem wybuchnął cichym śmiechem — nerwowym, ale prawdziwym.
— Kurwa, Katarzyna… tak. Chcę. Chcę cię rżnąć w dupę aż zapomnisz, że masz exa i że ja liczę grosze. Zgoda totalna.
— No to pięknie. — Uśmiechnęła się szeroko, zęby białe w półmroku. — Bo ja też. I nie zamierzam udawać damy z folderu reklamowego.
Odwróciła się do ściany. Położyła dłonie płasko na chłodnym tynku, rozstawiła nogi i jedną ręką zadrła ciasną spódnicę do góry. Pod spodem miała tylko cienkie, czarne stringi, które natychmiast ściągnęła na jedno udo. Potem obie ręce wróciły do tyłu — rozchyliła sobie pośladki, pokazując mu ciasną, różową dziurkę i wilgotną cipkę poniżej.
— Najpierw wylizujesz mnie porządnie, księgowy. Językiem, nie kalkulatorem. Chcę, żebyś poczuł, jak jestem napalona, zanim wpchniesz mi to w tyłek.
Marek klęknął bez wahania. Kolana stuknęły o podłogę, ale było mu wszystko jedno. Zapach jej skóry, lekko słony, kobiecy, uderzył go prosto w mózg. Przycisnął twarz między jej pośladki i polizał najpierw cipkę — szeroko, od dołu do góry, zbierając wilgoć. Katarzyna jęknęła nisko.
— O tak… właśnie tak, nudny chłopcze. Głębiej.
Liźnięcie po liźnięciu. Dotknął językiem jej łechtaczki, ssał delikatnie, potem uniósł się wyżej i zatopił język prosto w jej odbyt. Katarzyna wciągnęła powietrze i rozchyliła się jeszcze bardziej.
— Kurwa mać, Marek… liż tę dziurkę. Jest czysta, umyłam się specjalnie, bo wiedziałam, że dziś może być mój pechowy… albo szczęśliwy wieczór.
On lizał jak opętany. Język krążył, wpychał się lekko, ślina spływała mu po brodzie. Potem wsunął dwa palce w jej cipkę — mokra, gorąca, zacisnęła się od razu — a kciukiem masował brzeg odbytu. Katarzyna pchała się do tyłu, na jego twarz i rękę.
— Palce też… tak, wpychaj. Przygotuj mnie, bo ten twój kutas wygląda na solidny towar.
Marek wstał, rozpiął spodnie drżącymi rękami. Jego penis wyskoczył twardy, gruby, żyłkowany, już mokry na czubku. Katarzyna zerknęła przez ramię i zagryzła wargę.
— No proszę. Excel ma niespodzianki.
Stanął za nią, utarł żołądź o jej wilgotną szparę, zbierając soki, potem przyłożył go do ciasnego wejścia. Pchał powoli. Główka weszła z oporem, a Katarzyna syknęła z przyjemnością i bólu wymieszanego w idealnych proporcjach.
— Jebać… wolniej na start… o tak… wchodź. Chcę czuć, jak mnie rozciągasz.
Marek wsunął się głębiej, centymetr po centymetrze, aż jądra oparły się o jej pośladki. Gorąco, ciasno, pulsujące. Oparł dłonie na jej biodrach i zaczął rżnąć. Najpierw miarowo, potem mocniej. Każde pchnięcie wydawało mokry, plaskający dźwięk w pustej sali. Katarzyna jęczała w pięść, żeby nie było za głośno, ale śmiech jej uciekał między jękami.
— Rżnij mnie, księgowy… rżnij tę rozwódkę w dupę jakby od tego zależał bilans. Głębiej!
Marek złapał ją mocniej, przyspieszył. Jego brzuch uderzał o jej tyłek, skóra o skórę. Wyciągnął się prawie do końca i wbił znowu, aż Katarzyna stanęła na palcach.
— Pochyl się niżej — rozkazał, zaskoczony, że jego głos brzmi tak pewnie. — Chcę walić cię jeszcze głębiej.
Ona posłuchała od razu. Zgięła się w pół, ręce niżej na ścianie, tyłek jeszcze wyżej i bardziej otwarty. Marek wbił się po same jaja i zaczął walić na całego — twarde, głębokie pchnięcia, które wpychały powietrze z jej płuc. Każde wejście było jak podbój. Czuł, jak jej odbyt zaciska się wokół niego, jak drży.
— Tak… tak, kurwa… niszcz mi ten tyłek — szeptała, a potem głośniej, rozbawiona i rozbita naraz. — Kto by pomyślał, że z windy wyjdzie taki kutas do roboty…
On nachylił się, ugryzł ją lekko w ramię, nie puszczając rytmu. Pot potoczył się po jego skroniach. Sala pachniała seksem, potem i starą farbą. Katarzyna pchała się do tyłu na każdego pejsa, jakby chciała wziąć go całego do środka i zatrzymać.
— Jeszcze… nie zwalniaj… czuję cię wszędzie…
Marek złapał jej blond włosy w pięść, odciągnął głowę do tyłu i rżnął dalej, mocniej, głębiej, aż jej pośladki trzęsły się przy każdym uderzeniu. Był blisko, ale trzymał się — chciał jeszcze, chciał usłyszeć, jak błaga o więcej. Katarzyna śmiała się przez zaciśnięte zęby, mokra od potu, z stringami zwisającymi z uda i spódnicą w pasie jak flaga kapitulacji.
— Nie kończ jeszcze, nudny chłopcze… mam pomysł na następną salę… i na to, jak mnie ułożysz, kiedy już naprawdę zaczniesz mnie napełniać…
Pchnął jeszcze raz, głęboko, aż do oporu, i zostawił się tam, pulsując w jej ciasnym cieple, oddychając ciężko w jej kark. Oboje drżeli. Gdzieś daleko w muzeum kliknęły czyjeś buty, ale tu, w czerni ostatniej sali, czas stanął. Marek wolno wycofał się o centymetr, wsunął z powrotem, i wiedział, że to dopiero rozgrzewka — że Katarzyna ma w oczach jeszcze więcej brudu i śmiechu, a on zamierza to wszystko wziąć, zanim ktokolwiek włączy światła.
Marek wciąż tkwił w niej po jaja, pulsując, kiedy Katarzyna odwróciła głowę i syknęła przez śmiech:
— Ruszamy. Następna sala. Chcę, żebyś mnie napełnił przy tej instalacji, co wygląda jak wygięty kielich. Jakbym spuszczała się do muzealnego kosza na śmieci.
Wyciągnął się z niej wolno, ze śliskim dźwiękiem, który w ciszy brzmiał obscenicznie. Ona potargała spódnicę w dół tylko na tyle, by zakryć mokry tyłek, stringi zostawiła na udzie jak trofeum. Marek zapinał spodnie w pośpiechu, kutas wciąż twardy i błyszczący od niej, a serce waliło mu jak u stażysty przed pierwszym bilansem. Szli korytarzem prawie biegiem, ona przed nim, biodra kołysały się prowokacyjnie, a on co chwilę klepał ją w pośladek, dostając za to ciche „jeszcze”.
Nowa sala była jeszcze ciemniejsza — tylko niebieskawe smugę światła z sufitu padały na metalową rzeźbę przypominającą olbrzymi, wygięty lejek. Nikogo. Drzwi znowu kliknęły. Katarzyna odwróciła się, złapała go za krawat i pociągnęła do siebie.
— Spodnie w dół, księgowy. I nie licz, tylko bierz.
Upadła na kolana przed rzeźbą, oparła dłonie o zimny metal i uniosła tyłek. Marek klęknął za nią, rozchylił jej pośladki i wsunął się znowu — tym razem jednym płynnym pchnięciem, bo była już rozluźniona i śliska od poprzedniej rundy. Katarzyna jęknęła głośno, potem parsknęła śmiechem.
— O kurwa, jakbyś wracał do ulubionego folderu. Głębiej, Marek. Chcę czuć twoje jaja na mojej cipce.
Zaczął rżnąć od razu mocno. Metal chłodził jej dłonie, a on grzał od środka. Każde uderzenie bioder o jej tyłek wydawało soczysty klaps, który odbijał się od pustych ścian. Marek złapał ją za biodra, wbił kciuki w miękkie ciało i walił rytmicznie, aż jej blond włosy spadały na twarz.
— Lubisz to, rozwódko? — wysapał, zaskoczony własną brawurą. — Lubisz, jak nudny sąsiad niszczy ci dupę w muzeum?
— Uwielbiam… jebać… tak… właśnie tak… — odparła między pchnięciami, śmiejąc się i jęcząc naraz. — Mój ex nigdy nie trafiał nawet w pół metra. A ty… ty jesteś jak dobrze naostrzony ołówek w Excelu. Prosto w cel.
Przyspieszył. Wyciągnął się prawie do końca, zostawiając tylko główkę, potem wbił się z hukiem, aż Katarzyna stanęła na palcach i klasnęła dłonią w metal.
— Jeszcze… przechyl mnie… chcę na boku.
Pomógł jej. Położyli się na chłodnej podłodze obok rzeźby — ona na boku, noga uniesiona, on wtulił się z tyłu i wsunął znowu. Pozycja była ciaśniejsza, głębsza. Marek sięgnął ręką do przodu, znalazł jej spuchniętą łechtaczkę i tarł kółka, jednocześnie rżnąc tyłek krótkimi, twardymi ruchami. Katarzyna wiła się, mokra od potu, stringi wreszcie spadły jej na kostkę.
— Palce w cipkę… dwa… o tak… — rozkazała. — Chcę być pełna z obu stron, zanim mnie zalejesz.
Wsunął jej dwa palce w cipkę. Czuł własnego kutasa przez cienką ściankę — absurdalne, gorące, jak podwójne księgowanie przyjemności. Katarzyna zacisnęła się wokół niego i palców, a potem wybuchła cichym, drżącym orgazmem. Jej odbyt tętnił, cipka spływała mu po ręce, a ona gryzła własne ramię, żeby nie wrzasnąć.
— Kurwa mać… już… nie przestawaj…
Marek nie przestawał. Przewrócił ją na brzuch, uniósł biodra, klęknął szeroko i wbił się z góry. Teraz walił jak młot — głęboko, bezlitośnie, pośladki trzęsły się przy każdym uderzeniu. Pot spływał mu po nosie na jej plecy. Sala pachniała seksem, metalem i cytrynowym płynem do podłóg. Gdzieś daleko brzęknęły klucze strażnika, ale oni byli za daleko w ciemności.
— Napełnij mnie — wyszeptała, głos chrapliwy od śmiechu i rozkoszy. — Chcę czuć, jak cieknie mi po udach, kiedy będziemy wracać windą. Żeby każdy sąsiad wiedział, że rozwódka z czwartego wzięła księgowego na serious.
Był blisko. Złapał jej włosy, odciągnął głowę, ugryzł w kark i rżnął jeszcze dziesięć, piętnaście razy — twarde, ostateczne pchnięcia. Potem wbił się po same jaja, zadrżał i spuścił się. Gorące strugi wypełniały ją, puls za pulsem, a on jęczał jej do ucha, jakby właśnie domknął bilans roczny z surplusem. Katarzyna śmiała się cicho, pchała się do tyłu, dojając go do ostatniej kropli.
— Dobra robota, nudny chłopcze… o tak… lej…
Wyciągnął się powoli. Jego spermа wypłynęła z jej rozluźnionego odbytu, gęsta, biała strużka po wewnętrznej stronie uda. Katarzyna wstała niezdarnie, otarła się spódnicą, wciągnęła stringi byle jak i poprawiła bluzkę. Marek zapinał pasek drżącymi palcami, kutas wciąż półtwardy i wrażliwy.
Uśmiechnęła się do niego w półmroku, ale coś w jej oczach przygasło na ułamek sekundy.
— No. Było… solidnie. — Głos miała lżejszy, jakby nagle wróciła do windy. — Wracamy osobno. Ja najpierw. Ty za pięć minut. Nie chcę, żeby strażnik zobaczył parę z jednej klatki.
Wyszła. Kliknęły drzwi. Marek został sam w ciemnej sali, z zapachem seksu na rękach i dziwnym, zimnym uczuciem w żołądku. Poprawił krawat, ale nie pasował już tak samo. Wyszedł korytarzem, minął puste instalacje, minął starszego pana, który patrzył podejrzliwie. Na zewnątrz noc była chłodna. Wsiadł do samochodu, odpalil, ale nie ruszył od razu.
Myślał o jej śmiechu, o tym, jak łatwo powiedziała „wracamy osobno”. O tym, że jutro w windzie znowu będzie tylko „dzień dobry, panie Marku” i teczka. Że może dla niej to był tylko żart z rozwódką, a dla niego… kurwa, dla niego to bolało już teraz, jak niedomknięta kolumna w Excelu. Spojrzał w lusterko. Twarz zbyt poważna. I nagle żałował, że nie powiedział nic więcej, że nie zapytał, czy to tylko tyłek, czy coś jeszcze. Że skończyło się spuszczaniem w ciemności, a nie rozmową przy świetle. Odjechał wolno, z lepką plamą na udzie i wątpliwością, która rosła z każdym kilometrem.
Rate this story
Coś nie tak z tą historią?
Popular Collections
Browse Categories