Zakazane Szeptania w Nocnej Pralni

Kasia i jej ojczym Marek w końcu dają się ponieść zakazanemu pożądaniu w nocnej pralni i ostro się rżną.

25 min read September 06, 2026New

Kasia stała w progu pralni, bosa, w samej koszulce nocnej, która ledwo zakrywała pośladki. Dom spał. Ojciec i jego nowa żona chrapali na górze, a ona nie mogła zamknąć oka od godzin. Myślała o nim. Zawsze myślała o nim, odkąd wróciła na wakacje. Dwudziestodwuletnia studentka wróciła do domu ojca i... Marka. Ojczyma. Trzydziestoośmioletniego, szerokiego w barkach, z twardym brzuchem i tym spojrzeniem, które od miesięcy paliło jej skórę.

Pralnia pachniała proszkiem i wilgocią. I potem. Marek stał przy suszarce, tylko w obcisłych czarnych bokserkach, skóra lśniła od potu po nocnym treningu. Klatka piersiowa unosiła się głęboko, mięśnie brzucha były napięte, a materiał bokserków obcisły wokół grubego, ciężkiego kutasza, który wyraźnie zarysowywał się pod spandexem. Kasia przełknęła ślinę. Od miesięcy pożerali się wzrokiem przez stół, na korytarzu, kiedy ona wychodziła spod prysznica w samym ręczniku. Nigdy nie dotknęli. Bo to było absolutnie zakazane. Ojczym. Żona jego ojca spała nad nimi. A jednak stali teraz w piwnicy o trzeciej w nocy i powietrze między nimi wibrowało.

— Nie możesz spać? — spytał nisko, głos chrapliwy. Nie odwrócił się od razu. Kiedy wreszcie na nią spojrzał, jego wzrok zsunął się po jej nagich udach, po tym, jak koszulka podjechała wyżej, kiedy się poruszyła.

— Nie. — Kasia weszła bliżej, serce waliło jej o żebra. Podeszła niby po ręcznik z suszarki, ale biodro oc neatly o jego udo. Ciepło jego skóry uderzyło w nią jak prąd. Szepnęła prosto w jego ucho, stojąc tak blisko, że czuła zapach jego potu: — Nie mogę przestać myśleć o tym, jak by to było poczuć cię w sobie. Całego. Głęboko.

Marek cofnął się o pół kroku, ręce uniosły się jak do obrony, ale palce drżały.

— Kasia... kurwa. Nie. Jestem twoim ojczymem. To... to jebane szaleństwo.

— Wiem. — Patrzyła mu prosto w oczy, policzki rozpalone, sutki twarde pod cienkim materiałem koszulki. — I właśnie dlatego. Chcę ciebie. Nie kogoś z uczelni. Ciebie. Marka. Męża mojej macochy. Tego, którego nie powinnam nawet dotykać. Myślę o twoim kutasie, kiedy rżnę się palcami w łóżku. Chcę, żebyś mnie rozjebał.

Coś w nim pękło. Złapał ją za włosy u nasady, mocno, prawie boleśnie, i wessał jej usta w swoje. Pocałunek był agresywny, zębami, językiem, śliną. Przycisnął ją do pralki, udo wcisnął między jej nogi, a ona poczuła twardy, gruby wałek jego kutasa przez bokserki, przyciskający się do jej wilgotnej szpary. Szepnęła mu w usta, kiedy oderwał się na sekundę:

— Kurwa, jak mnie to jara, że nie wolno...

— Ja też — warknął jej do ucha, gryząc płat. — Od miesięcy. Patrzę na ciebie przy stole i wyobrażam sobie, jak cię pieprzę, póki nie będziesz płakać z rozkoszy. Zakazane. Brudne. I właśnie dlatego stoi mi jak chuj, kiedy tylko na ciebie spojrzę.

Podniósł ją, posadził na ciepłej pralce. Zszarpnął z niej majtki jednym ruchem, wyrzucił je na beton. Rozchylił jej uda, klęknął i wbił twarz między nie. Język szeroki, zachłanny, lizał ją od dziurki po łechtaczkę, ssał, mlaskał, wpychał się głęboko. Kasia zacisnęła uda na jego głowie, palce wplótła w jego krótkie włosy, biodra unosiła mu do ust.

— Tak... Marek... o kurwa, liż mnie... — szeptała, głowa odchylona, koszulka wciągnięta aż pod pachy, cycki wystawione. Była mokra, soku spływały mu po brodzie. Wsunął dwa grube palce i zginał je w środku, szukając tego miejsca, a język furkotał po łechtaczce. Kasia drżała, uderzała piętami w metal pralki, stłumione jęki wychodziły jej z gardła.

Oderwał się, błyszczący od niej, wstał, odwrócił ją tyłem, zgiął nad pralką. Bokserki zsunął w dół, gruby, żyłowaty kutas wyskoczył, ciemna główka już lśniła od preejakulatu. Przyłożył go do jej szpary, przetarł wzdłuż, a potem wbił się jednym długim, twardym pchnięciem. Kasia syknęła, pełna, rozciągnięta wokół niego. Był gruby, gorący, wchodził głęboko, aż jądra uderzyły o jej cipkę.

— Jebie cię twój ojczym — warknął, chwytając jej cycki jedną ręką, ściskając twarde sutki, drugą zakrywając jej usta, żeby nie krzyczała. Rżnął ją mocno, szybko, głęboko, uderzenia bioder suche i głośne w ciszy piwnicy. Pralka drżała pod nią. — Ciasna, mokra dziwka... patrz, jak bierzesz mój chuj... bo lubisz, że to grzech.

Kasia jęczała w jego dłoń, śliniąc mu palce, odpychając się biodrami, biorąc go jeszcze głębiej. Piersi bujały w jego uścisku, sutki bolały od ściskania. Czuła, jak jej soki spływają po udach, jak jego jądra walą o nią rytmicznie. Zakaz. Macocha na górze. Ojciec. I on — Marek — rżnący ją jak ostatnią szmatę w nocnej pralni. To właśnie to sprawiało, że cipka zaciskała się na nim kurczowo.

Wyciągnął się, przewrócił ją na betonową podłogę, na stare ręczniki. Położył się na plecach, wciągnął ją na siebie. Kasia rozsiadła się okrakiem, złapała jego kutasa, naprowadziła i osiadła na nim całą wagą, aż wszedł po jądra. Zaczęła ujeżdżać go dziko, biodra kręcąc i podskakując, cycki podskakujące mu przed twarzą. On chwycił jej biodra, pomagał, wpychał się do góry przy każdym jej zejściu.

— Rżnij się na mnie — szeptał. — Pokaż, jak bardzo chcesz zakazanego ojczyma. napełnię cię... napełnię cię całą...

— Tak... wlej we mnie... Marek... — Kasia jeździła szybciej, łechtaczka ocierała się o nasadę jego kutasa, fale zbierały się w brzuchu. — Jestem twoja... tylko twoja... kurwa, dochodzę...

Doszli jednocześnie. Ona zadrżała, zacisnęła się na nim rytmicznymi skurczami, sok trysnął jej po udach. On wbił się do oporu, zaryczał cicho w jej pierś i pompował w nią gorące, gęste nasienie falami, wypełniając ją, aż spływało jej po jajach i po jego brzuchu. Kasia opadła na jego klatkę, oboje spoceni, spleceni, kutas wciąż w niej twardy i drgający, nasienie bulgoczące przy każdym oddechu.

Leżeli tak chwilę na betonie, oddechy nierówne, serca walące o siebie. Marek delikatnie całował jej skroń, potem usta, wolniej, niemal czule, dłonią gładząc jej spocone plecy. Włosy przykleiły się jej do czoła, między udami było mokro i lepkie od nich obojga. W piwnicy pachniało seksem i proszkiem. Na górze dom nadal spał. A oni wiedzieli, że to dopiero początek — że rano usiądą przy śniadaniu z macochą i ojcem, udając, że nic się nie stało, i że każde spojrzenie będzie palić jeszcze mocniej.

Leżeli jeszcze na betonie, spoceni i spleceni, kiedy Marek poruszył biodrami. Jego kutas, wciąż twardy i śliski od ich wspólnych soków, drgnął głęboko w jej cipce. Kasia westchnęła mu prosto w szyję, czując, jak gęste nasienie bulgocze przy każdym najmniejszym ruchu, spływa jej po udach i miesza się z jej własną wilgocią. Dom nad nimi spał, ale w pralni powietrze stało się gęstsze, cięższe od zapachu seksu.

— Jeszcze nie skończyliśmy — warknął nisko, dłonie ściskając jej pośladki. Uniósł ją lekko i opuścił z powrotem, wbijaając się aż po jądra. — Czujesz to? Jak cię wypełniłem? Twój ojczym wpompował ci pełno spermy, a ty dalej jesteś mokra jak suka w rui.

Kasia uniosła głowę, spojrzała mu w oczy. Policzy były rozpalone, usta opuchnięte od pocałunków. Pomyślała o macosze śpiącej na górze, o ojcu chrapiącym w sypialni, i fala gorąca przeszła jej przez brzuch. Zakaz. To było wszystko. Chciała więcej, chciała żeby rozjebał ją tak, żeby rano bolało przy każdym kroku.

— Rżnij mnie dalej — szepnęła, kręcąc biodrami, ocierając łechtaczkę o twardą nasadę. — Mocniej. Chcę czuć twoje jaja uderzające o mnie, chcę żeby twoja sperma spływała mi aż do kolan. Jeb mnie jak ostatnią dziwkę, Marku. Tę, której nie wolno.

Coś w nim znowu pękło. Przewrócił ją na plecy, na te same mokre ręczniki, bez wyjmowania się z niej. Kutas wyślizgnął się na moment, gruby, lśniący od białego nasienia, a potem wbił się znowu jednym twardym pchnięciem. Kasia jęknęła głośniej, biodra uniosła mu na spotkanie. Marek złapał jej nadgarstki, przycisnął je nad głową do betonu, i zaczął rżnąć. Głęboko, rytmicznie, każde uderzenie bioder głośne w ciszy piwnicy. Pralka obok drżała od wibracji podłogi. Jego brzuch klepał o jej, pot spływał mu z klatki na jej cycki, sutki twarde i wrażliwe ocierały się o jego skórę.

— Patrz na mnie — warknął, nie zwalniając. — Patrz, jak twój ojczym jebie cię na brudnej podłodze. Ciasna, młoda cipka bierze cały mój chuj... kurwa, jak się zaciskasz. Myślisz o niej? O twojej macosze? Że jutro usiądzie naprzeciwko ciebie przy śniadaniu, a ty będziesz pełna mojej spermy?

— Tak... o kurwa, tak — Kasia dyszała, nogi owijając mu wokół bioder, pięty wbijając w jego twarde pośladki. Wnętrze myślała o tym, jak rano będzie udawać niewinną, jak spojrzy na Marka przez stół i poczuje, że wciąż cieknie z niej. — Chcę, żebyś mnie napełnił znowu. Chcę chodzić z twoim jebanym nasieniem w środku cały dzień. Rozjeb mnie, Marku... rozciągnij mnie swoim grubym kutasem.

Przyspieszył. Ręce puścił jej nadgarstki, złapał za uda i uniósł je wyżej, rozchylając szeroko, prawie do bólu. Wchodził tak głęboko, że czuła go w brzuchu, główkę uderzającą o szyjkę. Sok i sperma chlupotały przy każdym pchnięciu, głośne, brudne dźwięki wypełniały pralnię. Kasia wsunęła dłoń między nich, tarła sobie łechtaczkę szybko, kciukiem, a druga ręka ściskała mu kark, wciągała go bliżej.

— Kurwa, dochodzę znowu... — sapnęła, oczy zamykając. Fala zebrała się nagle, gwałtownie. Zacisnęła się na nim kurczowo, skurcze rytmiczne, silne, sok trysnął jej po brzuchu i po jego udach. Jęczała w jego ramię, żeby stłumić dźwięk, ciało drżało pod nim.

Marek nie zatrzymał się. Rżnął ją przez orgazm, wykorzystując, jak się zaciska, jak jest jeszcze ciaśniejsza. Kiedy ona jeszcze drżała, wyciągnął się nagle, złapał za biodra i przewrócił na brzuch. Kasia leżała twarzą na ręczniku, tyłek uniesiony, cipka otwarta, czerwona, lśniąca od ich mieszaniny. On uklęknął za nią, przyłożył kutasa do wciąż drgającej szpary i wbił się znowu. Jednym ruchem, aż jądra uderzyły o jej łechtaczkę.

— Biorę cię od tyłu jak sukę — warknął, dłonie ściskając jej pośladki, rozchylając je, żeby widzieć, jak jego gruby wałek znika w niej. — Patrz, jak twoja dziura łyka mnie całego. Zakazany ojczym jebie pasierbicę w pralni o trzeciej w nocy. Gdyby ktoś zszedł...

Kasia wypchnęła tyłek wyżej, biodra kręciła mu na spotkanie. Czuła każde żyłę, każdą pulsującą grubość. Pomyślała o tym, jak bardzo to brudne, jak bardzo nie wolno, i cipka znowu zaczęła się zaciskać. Marek pochylił się nad nią, jedna ręka wsunęła się pod spód, palce znalazły sutek i ścisnęły mocno, druga złapała ją za włosy u nasady, odgiął głowę do tyłu.

— Szepcz do mnie — rozkazał, rżnąc mocniej, szybciej. Uderzenia suche, głośne. — Mów, czego chcesz. Mów brudno.

— Chcę twojego kutasa... zawsze — sapnęła, śliniąc się lekko od tego, jak trzymał ją za włosy. — Chcę, żebyś rżnął mnie w każdym kącie tego domu. W kuchni, kiedy ona gotuje. W łazience, kiedy ojciec jest w pracy. Chcę czuć twoją spermę w gardle, w cipce, wszędzie. Jeb mnie mocniej, Marku... kurwa, jesteś taki gruby... rozrywasz mnie...

On zaryczał cicho, biodra waliły w nią bez litości. Pot spływał mu po plecach, klatka piersiowa kleiła się do jej spoconych pleców. Wyciągnął się prawie do końca, zostawił tylko główkę, a potem wbił się z impetem, powtarzając to znowu i znowu. Kasia jęczała w ręcznik, pięści zaciskając na materiale. Czuła, jak zbliża się trzeci orgazm, jak zbiera się nisko w brzuchu, jak łechtaczka pulsuje od uderzeń jego jąder.

Marek zwolnił nagle, prawie stanął, kutas głęboko w niej. Pochylił się do jej ucha, oddech gorący.

— Wstań — szepnął. — Chcę cię przy pralce. Chcę patrzeć w lustro na suszarce, jak bierzesz mój chuj.

Wyciągnął się z głośnym, mokrym dźwiękiem. Sperma i jej soki spłynęły jej po udach grubymi strugami. Kasia wstała na drżących nogach, Marek podniósł ją i posadził tyłem na krawędzi ciepłej pralki, która wciąż była lekko wilgotna od pary. Rozchylił jej uda szeroko, stanął między nimi. Lustro na bocznej ścianie suszarki odbijało ich — jej rozchylone nogi, czerwone, nabiegłe wargi, jego gruby, żyłowaty kutas lśniący od niej. Przyłożył go, przetarł wzdłuż, a potem wbił znowu, wolniej tym razem, żeby ona widziała w odbiciu, jak znika w niej centymetr po centymetrze.

— Patrz — warknął, trzymając ją za biodra. — Patrz, jak twój ojczym wchodzi w ciebie. Cały. Głęboko. I pomyśl, że jutro będziesz siedzieć przy stole w tej samej cipce, która teraz łyka mnie po jaja.

Kasia patrzyła w lustro, hipnotyzowana. Widziała własne twarde sutki, jak piersi podskakują przy każdym jego pchnięciu. Widziała jego twarz spiętą od napięcia, pot na czole, i to, jak jej szpara rozciąga się wokół niego niemożliwie szeroko. Zaczęła tarć sobie łechtaczkę, palce ślizgały się po mokrej skórze.

— Kurwa, jeb mnie... — szeptała, nie odrywając wzroku od odbicia. — Napełnij mnie znowu. Chcę czuć, jak pompujesz we mnie. Chcę, żeby spływało mi po pralce.

Marek złapał jej nogi, uniósł je wyżej, prawie na swoje barki, i zaczął rżnąć na serio. Szybko, twardo, każde uderzenie sprawiało, że pralka drżała i stukała o ścianę. Dźwięk metalu, dźwięk skóry o skórę, ich stłumione jęki. Kasia czuła, że za chwilę zwariuje. Orgazm zbliżał się jak fala, nie do zatrzymania. Zacisnęła się nagle, mocno, i doszła z głośnym, stłumionym krzykiem w jego dłoń, którą w porę przycisnął jej do ust. Skurcze szarpały nią, sok trysnął na jego brzuch i na metal.

On nie wytrzymał. Wbił się do oporu, zaryczał w jej szyję i pompował. Gorące, gęste fale wypełniały ją znowu, więcej niż przedtem, aż spływało obficie po jajach, po pralce, na podłogę. Drżał w niej, kutas pulsował, a ona ściskała go rytmicznie, doiąc z niego ostatnie krople.

Jeszcze chwilę stali tak spleceni, on w niej, ona na pralce, oddechy nierówne. Marek delikatnie wyciągnął się, sperma wylała się z niej strumieniem. Uklęknął i polizał ją, zbierając językiem ich mieszaninę, ssał delikatnie łechtaczkę, aż Kasia zadrżała z nadwrażliwości.

— Jeszcze nie koniec nocy — szepnął, wstając, kutas wciąż półtwardy i lśniący. Pocałował ją brudno, dzieląc smak. — Dom śpi. A ja jeszcze nie skończyłem z tobą. Chcę twoich ust. Chcę, żebyś wyczyściła mnie językiem, a potem znowu wejdę w ciebie. I znowu. Aż nie będziesz mogła chodzić.

Kasia zsunęła się z pralki na kolana przed nim, na beton. Wzięła jego kutasa do ręki, wciąż ciężkiego, pulsującego, i polizała od jaj po główkę, zbierając resztki. Wsunęła go w usta głęboko, ssąc, mlaskając, patrząc mu w oczy. Myślała o macoszy na górze, o tym, że rano będzie musiała patrzeć jej w twarz z ustami, które właśnie ssą ojczyma. I to sprawiło, że znowu zrobiło się jej mokro między nogami.

Marek złapał ją za włosy, prowadził jej głowę, wsuwał się głębiej, aż czuła go w gardle. Dyszał cicho.

— Dobra dziewczynka... ssij swojego ojczyma. Jutro przy śniadaniu będziesz pamiętać smak. A ja będę patrzył na twoje usta i wiedział, gdzie były.

Kasia ssała gorliwie, dłonią masując mu jądra, druga ręka wsunęła sobie między nogi, palce w mokrej, pełnej spermy cipce. Noc była długa. Dom spał. A oni dopiero się rozkręcali — każde kolejne pchnięcie, każdy szept, każde wypełnienie miało być brudniejsze, głębsze, bardziej zakazane. Marek wyciągnął się z jej ust, podniósł ją znowu, przycisnął do suszarki twarzą w lustro i wbił się od tyłu bez ostrzeżenia. Kasia jęknęła, widząc w odbiciu własną twarz spoconą, usta lśniące od śliny i jego, i to, jak on rżnie ją od tyłu, trzymając za biodra.

— Jeszcze — szepnęła, odpychając się biodrami. — Jeszcze mocniej. Napełnij mnie trzeci raz. Chcę być twoją tajemnicą. Twoją brudną, zakazaną dziurą.

On przyspieszył, powietrze wibrowało od ich ciał, od stłumionych dźwięków, od świadomości, że nad nimi śpią ludzie, których zdradzają w najgorszy sposób. I że to dopiero środek nocy.

Marek wbił się w nią od tyłu jeszcze głębiej, trzymając za biodra tak mocno, że odciski jego palców miały zostać na skórze do rana. Kasia patrzyła w lustro na suszarce — własna twarz rozmazana potem i śliną, usta opuchnięte, oczy półprzymknięte z rozkoszy. Widziała, jak jego gruby, żyłowaty kutas znika w jej rozwartej, czerwonej szparze, jak wargi owijają się wokół niego, jak spływa z niej gęsta, biała mieszanina. Każde pchnięcie było twarde, suche w dźwięku skóry o skórę, a pralka i suszarka stukały rytmicznie o ścianę.

— Patrz na siebie — warknął jej do ucha, gryząc płat, potem szyję. — Patrz, jak bierzesz ojczyma. Cała spocona, pełna spermy, cipka otwarta jak dla ostatniej dziwki. I lubisz to. Kurwa, jak lubisz.

— Lubię... o jebany Boże, lubię — sapnęła, odpychając się biodrami, biorąc go aż po jądra. Łechtaczka pulsowała od uderzeń, soki chlupotały głośno. — Jeszcze mocniej, Marku. Rozjeb mnie. Chcę czuć cię w gardle jutro, kiedy będę pić kawę naprzeciwko niej. Chcę, żeby bolało.

On zwolnił nagle, prawie wyciągnął się, zostawiając tylko główkę w środku, a potem wbił z impetem. Powtórzył to kilka razy — wyślizg, twarde wejście, aż Kasia jęczała w zaciśnięte pięści. Potem wyciągnął się całkowicie. Sperma i jej soki trysnęły jej po udach, spłynęły na beton. Marek odwrócił ją twarzą do siebie, podniósł i posadził z powrotem na ciepłej krawędzi pralki. Rozchylił jej nogi szeroko, prawie do rozciągnięcia, i klęknął.

Język wbił się w nią zachłannie. Lizał szeroko, zbierając ich mieszaninę, ssał łechtaczkę, wpychał język głęboko w dziurkę, mlaskał głośno. Kasia wplotła palce w jego krótkie włosy, przycisnęła go mocniej, biodra kręciła mu do twarzy.

— Tak... liż mnie brudno... kurwa, smakujemy razem — szeptała, głowa odchylona, cycki wystawione, sutki twarde i bolące. Widziała w lustrze jego barki napięte, głowę między jej udami, i falę gorąca przeszła jej przez brzuch. Macocha spała piętro wyżej. Ojciec chrapał. A ona — pasierbica — miała ojczyma z twarzą w cipce pełnej jego własnej spermy.

Marek wsunął trzy palce naraz, zginał je, szukał tego miejsca, a język furkotał bezlitośnie. Kasia drżała, pięty wbiła mu w plecy, i doszła gwałtownie — sok trysnął mu po brodzie i po klatce, ciało szarpało się skurczami. On nie odsunął się. Pił ją, ssał, mlaskał, aż nadwrażliwość sprawiła, że próbowała się odsunąć. Wtedy wstał, kutas znowu twardy jak kamień, lśniący od śliny i resztek.

— Otwórz usta — rozkazał.

Kasia posłusznie otworzyła. Wsunął się głęboko, aż główka uderzyła o gardło. Ssała, dławiąc się lekko, ślina spływała jej po brodzie na cycki. On trzymał ją za włosy, prowadził rytm — wolny, głęboki, potem szybszy. Patrzył w lustro na to, jak jej usta owijają się wokół niego, jak policzki wpadają.

— Dobra mała kurwa... ssij. Jutro przy stole będziesz miała ten smak na języku. Będę patrzył na twoje usta i wiedział, że jeszcze przed chwilą łykały mój chuj. A ona nawet nie będzie wiedziała, dlaczego jesteś taka spięta.

Kasia mlaskała, ręką masowała mu jądra, druga dłoń wsunęła sobie znowu między nogi. Była tak mokra, że palce wchodziły bez oporu, ślizgały się w gęstej spermie. Myślała o śniadaniu — o tym, jak usiądzie w cienkiej koszulce, bez majtek, i poczuje, jak cieknie z niej na krzesło. O tym, jak spojrzy na Marka i poczuje skurcz w cipce. To wystarczyło, żeby znowu zbliżyć się do krawędzi.

Marek wyciągnął się z jej gardła z mokrym dźwiękiem. Podniósł ją, odwrócił twarzą do suszarki, przycisnął piersiami do metalu. Lustro było tuż przed jej twarzą. Wbił się od tyłu jednym długim pchnięciem, aż jądra uderzyły o łechtaczkę. Złapał jej ręce, wykręcił do tyłu, trzymał nadgarstki jedną dłonią jak kajdankami, drugą ściskał pośladek, rozchylając, żeby widzieć wszystko.

— Rżnij się na mnie — warknął. — Pokaż w lustrze, jak twoja młoda dziura łyka zakazanego ojczyma. Głębiej. Mocniej.

Kasia odpychała się, kręciła biodrami, brała go aż bolało przyjemnie. Widziała w odbiciu własną rozmazaną twarz, otwarte usta, i jego spiętą minę za nią. Każde uderzenie sprawiało, że metal stukał, a jej cycki ocierały się o chłodną powierzchnię. Sutki bolały, łechtaczka puchła od ciągłych uderzeń.

— Napełnij mnie... znowu... Marku, proszę — jęczała. — Chcę czuć, jak pompujesz. Chcę, żeby spływało mi po nogach, kiedy będę szła do góry. Chcę spać w twojej spermie.

On przyspieszył do szału. Biodra waliły bez litości, pot spływał mu po plecach na jej skórę. Puścił jej nadgarstki, złapał za piersi, ściskał sutki mocno, wykręcał. Kasia krzyknęła stłumione w ramię, doszła znowu — silniej, dłużej, skurcze zaciskały się na nim tak, że on musiał zwolnić, żeby nie dojść od razu. Sok chlupnął na jego jądra i na podłogę.

Nie dał jej odpocząć. Wyciągnął się, przewrócił na stare ręczniki na betonie, położył się na plecach i wciągnął ją na siebie twarzą do jego stóp — odwrotny cowgirl. Kasia rozsiadła się, złapała kutasa, naprowadziła i osiadła ciężko. On widział wszystko: jak jej cipka rozciąga się, jak wargi wciągają go w dół, jak spływa z niej biała maź na jego jaja i brzuch. Chwycił jej biodra i wpychał do góry przy każdym jej zejściu.

— Ujeżdżaj — sapnął. — Pokaż, jak bardzo chcesz. Kręć tym tyłkiem. Chcę widzieć, jak twoja dziura pracuje na moim chuju.

Kasia jeździła dziko — w górę, w dół, okrężnie, łechtaczka ocierała się o twardą nasadę. Piersi bujały, włosy kleiły się do spoconych pleców. Czuła go tak głęboko, że przy każdym osiadaniu główka uderzała o szyjkę. Myślała o macochy, o tym, jak rano ta kobieta pocałuje Marka na dzień dobry, nie wiedząc, że usta, które teraz całują, jeszcze godzinę wcześniej były w cipce jej pasierbicy. Fala zakazanego podniecenia uderzyła tak mocno, że Kasia doszła znowu, zaciskając się rytmicznie, sok tryskając mu po brzuchu.

Marek nie wytrzymał długo. Uniósł biodra, wbił się do oporu i zaryczał cicho, pompując trzecią porcję gorącej, gęstej spermy. Fale wypełniały ją, aż bulgotało przy każdym oddechu, spływało obficie na niego. Kasia opadła do przodu, dłonie na jego udach, kutas wciąż w niej drgał i pulsował.

Leżeli tak chwilę, oddechy nierówne. Potem Marek poruszył się pod nią — wciąż twardy. Uniósł ją lekko, odwrócił twarzą do siebie i wciągnął z powrotem. Pocałował brudno, dzieląc smak ich soków i spermy. Dłonie gładziły jej spocone plecy, potem zsunęły się na pośladki, rozchylając.

— Jeszcze nie koniec — szepnął ochryple. — Chcę cię przy pralce stojąc. Chcę, żebyś trzymała się bębna, a ja rżnął cię tak, żebyś nie mogła stać. A potem... potem wezmę cię na tych ręcznikach jeszcze raz. I jeszcze. Aż słońce prawie wstanie. Chcę, żebyś rano bolała przy każdym kroku. Żebyś czuła mnie w środku, kiedy będziesz myć zęby. Żebyś wiedziała, czyja jesteś.

Kasia skinęła, usta przy jego. Wstała na drżących nogach, oparła się o pralkę, rozchyliła uda. Marek stanął za nią, przyłożył kutasa — wciąż śliskiego, ciężkiego — i wbił wolno, centymetr po centymetrze, patrząc w lustro, jak znika w niej. Złapał ją za biodra i zaczął znowu — wolniej najpierw, potem szybciej, głębiej, brudniej.

— Szepcz — rozkazał. — Mów, co zrobimy jutro. Mów brudno.

— W kuchni... kiedy ona wyjdzie do sklepu — sapnęła Kasia, biodra kręcąc mu na spotkanie. — Pochylisz mnie nad blatem i wejdziesz od tyłu. Albo w łazience... wstaniesz za mną pod prysznicem i napełnisz mnie znowu. Chcę twojej spermy w sobie cały dzień. Chcę, żeby spływało mi po udach, kiedy siedzę naprzeciwko ojca. Kurwa, Marku... jeb mnie... jesteś taki gruby... rozrywasz...

On rżnął mocniej, dłoń wsunął z przodu, tarł jej łechtaczkę kciukiem w rytm pchnięć. Pralka drżała, metal stukał, ich ciała kleiły się od potu. Kasia czuła kolejny orgazm zbierający się nisko — gęstszy, ostrzejszy. Dom nad nimi spał głęboko, ale w pralni powietrze było gęste od seksu, od szeptów, od świadomości grzechu.

Marek pochylił się, wziął jej ucho w usta.

— Jutro przy śniadaniu dotknę cię pod stołem — warknął. — Wsunę palce w tę samą cipkę, którą teraz jebię. A ty będziesz musiała siedzieć spokojnie i udawać, że nic się nie dzieje. I jak tylko wyjdą... wezmę cię znowu. W twoim starym pokoju. Na łóżku, w którym spałaś jako nastolatka. Będę rżnął cię, aż krzykniesz w poduszkę.

Kasia doszła na tych słowach — gwałtownie, z stłumionym krzykiem w jego dłoń, którą w porę przycisnął. Zacisnęła się tak mocno, że on syknął, ale nie przestał. Rżnął ją przez fale, wykorzystując każdy skurcz, aż ona wisiała na pralce, nogi niemal się poddawały.

Wyciągnął się, odwrócił ją, posadził na krawędzi i wszedł znowu twarzą w twarz. Nogi uniósł jej wyżej, prawie na barki. Wchodził wolno, głęboko, patrząc jej w oczy.

— Jeszcze — szepnął. — Jeszcze nie skończyłem napełniać mojej zakazanej pasierbicy. Noc jest długa. A ja chcę, żebyś rano nie mogła zejść po schodach bez myślenia o moim chuju w sobie.

Kasia oplotła go nogami, wciągnęła bliżej, usta przy jego.

— To rób — westchnęła. — Rżnij mnie aż do świtu. Napełniaj. Używaj. Jestem twoja. Tylko twoja. I to właśnie dlatego, że nie wolno...

Marek zaczął znowu — rytmicznie, twardo, bez litości. Pralka stukała, ich oddechy mieszały się, sperma i soki chlupotały przy każdym pchnięciu. W lustrze odbijały się spocone ciała, otwarte uda, gruby kutas znikający w ciasnej, nabiegłej szparze. Na górze dom spał. A oni wiedzieli, że to wciąż tylko środek nocy — że kolejne godziny przyniosą jeszcze brudniejsze pozycje, głośniejsze szepty, głębsze wypełnienia. Że rano usiądą przy stole z macochą i ojcem, pełna jego nasienia, boląca, i każde spojrzenie będzie obietnicą, że wrócą tu znowu. Albo wyżej. Albo wszędzie.

On przyspieszył, dłonie ściskając jej pośladki, wbijając się aż po jądra, a Kasia czuła, jak znowu zbiera się w niej fala — i że tym razem on też jest blisko, że zaraz znów wpompuje w nią gorące strumienie, że będzie spływać po pralce na beton, a oni nawet nie przestaną. Bo noc należała do nich. I do zakazu.

Marek nie zwalniał ani na sekundę. Wbił się w Kasię od tyłu jeszcze głębiej, trzymając jej biodra tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę, a odciski miały zostać na całe dnie. Pralka stukała o ścianę w rytm jego pchnięć, metal drżał, a w lustrze suszarki odbijała się jej rozmazana twarz — usta otwarte, ślina spływająca po brodzie, oczy szkliste od kolejnych orgazmów. Sperma z poprzednich razy chlupotała w niej głośno, wypływała białymi strugami przy każdym wycofaniu i spływała po wewnętrznej stronie ud na beton. Kasia odpychała się tyłkiem, biorąc go aż po jądra, czując, jak gruba żyła na spodzie jego kutasa tarze o jej przednią ściankę.

— Mów głośniej — warknął jej do ucha, gryząc płat, potem kark. — Mów, czyja jesteś.

— Twoja… kurwa, tylko twoja, ojczyma — sapnęła, głos zdarty. — Jeb mnie mocniej, Marku. Rozjeb tę cipkę, napełnij znowu. Chcę, żeby rano bolało mnie siadanie. Chcę czuć twoją spermę, kiedy będę pić kawę naprzeciwko niej.

On wyciągnął się prawie do końca, zostawił tylko ciemną, lśniącą główkę, a potem wbił z impetem tak twardo, że Kasia krzyknęła w zaciśniętą pięść. Powtórzył to znowu i znowu — wolne wyślizgiwanie, gwałtowne pchnięcie aż do oporu. Pot spływał mu z klatki na jej spocone plecy, kleił się między nimi. Jedną ręką sięgnął do przodu, znalazł napuchniętą łechtaczkę i tarł ją szybko, twardo, w rytm jebania. Kasia zadrżała cała, skurcze złapały ją znienacka — silniejsze niż wcześniejsze, szarpiące, sok trysnął jej na jego dłoń i na metal pralki. Zacisnęła się na nim tak kurczowo, że Marek syknął przez zęby, ale nie przestał. Rżnął ją przez cały orgazm, wykorzystując każdy rytmiczny uścisk jej ścianek.

Kiedy jeszcze drżała, wyciągnął się z mokrym, obfitym dźwiękiem. Gęsta mieszanina spłynęła jej po nogach grubymi pasmami. Odwrócił ją twarzą do siebie, podniósł jakby ważyła nic i posadził na krawędzi pralki. Rozchylił jej uda tak szeroko, że biodra zaprotestowały lekkim bólem, i klęknął. Język wbił się od razu — szeroki, brudny, zbierający ich wspólną maź, ssący łechtaczkę, wpychający się głęboko do dziurki pełnej spermy. Mlaskał głośno, celowo, żeby ona słyszała. Kasia wplotła palce w jego krótkie włosy i przycisnęła go mocniej, biodra kręcąc mu do twarzy.

— Tak… liż mnie całą… smakuj, co we mnie wpompowałeś — szeptała, patrząc w lustro na jego napięte barki i głowę między jej nogami. Myślała o macosze śpiącej piętro wyżej, o tym, jak ta kobieta rano pocałuje go w usta, które właśnie teraz są pełne jej pasierbicy. Fala gorąca przeszła jej przez brzuch tak mocno, że znowu zaczęła się zbliżać. Marek wsunął trzy palce naraz, zginał je, szukał tego miejsca i pocierał, a język furkotał bez litości. Kasia doszła znowu — krótko, gwałtownie, sok chlapnął mu po brodzie i po klatce. Próbowała odsunąć się od nadwrażliwości, ale on przytrzymał ją i pił dalej, aż ciało przestało jej drżeć.

Wstał, kutas znowu twardy jak kamień, żyłowaty, lśniący od śliny i resztek. Nie dał jej chwili. Wsunął się w jej usta głęboko, aż główka uderzyła o tylną ściankę gardła. Kasia dławiła się lekko, ślina spływała jej po brodzie na twarde sutki, ale ssała gorliwie, dłonią masując mu ciężkie jądra. On trzymał ją za włosy u nasady i prowadził rytm — wolny na początku, potem szybszy, głębszy. Patrzył w lustro, jak jej usta owijają się wokół niego, jak policzki wpadają.

— Dobra dziewczynka… ssij swojego ojczyma do czysta — sapnął. — Jutro przy stole będziesz miała ten smak. Będę patrzył na ciebie i wiedział, że jeszcze kilka godzin wcześniej łykałaś mój chuj po jaja. A ona będzie mówiła o pogodzie.

Kasia mlaskała, druga ręka wsunęła sobie między nogi. Palce weszły bez oporu w rozciągniętą, pełną cipkę; ślizgały się w gęstej spermie. Myślała o śniadaniu — o cienkiej koszulce bez majtek, o tym, jak cieknie na krzesło, o spojrzeniu Marka przez stół. To wystarczyło, żeby znowu spięła się w środku. Marek wyciągnął się z jej gardła z głośnym dźwiękiem, podniósł ją i odwrócił twarzą do suszarki. Przycisnął jej piersi do chłodnego metalu, złapał nadgarstki jedną dłonią z tyłu jak w kajdanki i wbił się od tyłu jednym długim, twardym pchnięciem. Jądra walnęły o jej łechtaczkę.

Rżnął bez litości. Szybko, głęboko, każde uderzenie sprawiało, że suszarka stukała, a jej cycki ocierały się o powierzchnię. Sutki bolały, łechtaczka puchła. Kasia patrzyła w lustro na własną spoconą twarz i na to, jak jego gruby wałek znika w niej po jaja, jak wargi owijają się wokół niego niemożliwie ciasno.

— Napełnij… znowu… proszę — jęczała. — Chcę spać w twojej spermie. Chcę, żeby spływało mi po nogach, kiedy będę szła po schodach do góry. Chcę, żeby bolało przy każdym kroku.

On przyspieszył do szału. Puścił jej ręce, złapał za piersi, ściskał i wykręcał sutki. Kasia krzyknęła stłumione w ramię i doszła — długo, falami, skurcze tak silne, że on musiał wbić się do oporu i trzymać, żeby nie wypchnęło go. Sok chlupnął na jego jądra. Nie dał jej odpocząć. Wyciągnął się, przewrócił na mokre ręczniki na betonie, położył się na plecach i wciągnął ją na siebie w odwrotnym ujeżdżaniu. Kasia rozsiadła się ciężko, naprowadziła kutasa i osiadła aż po nasadę. On widział wszystko z dołu: jak jej czerwone, nabiegłe wargi wciągają go, jak biała maź spływa na jego brzuch i jaja.

— Ujeżdżaj mnie jak ostatnia suka — rozkazał, spoliczkowując jej tyłek raz i drugi. — Kręć. Pokaż, jak bardzo chcesz zakazanego ojczyma.

Jeździła dziko — w górę, w dół, okrężnie, łechtaczka ocierała się o twardą nasadę przy każdym ruchu. Piersi bujały, włosy kleiły się do pleców. Czuła go uderzającego o szyjkę. Myślała o tym, jak macocha pocałuje go rano, nie wiedząc, gdzie te usta były. Orgazm złapał ją znowu; zacisnęła się rytmicznie, sok trysnął mu po brzuchu. Marek uniósł biodra, wbił się do końca i zaryczał cicho, pompując kolejną, gęstą porcję. Fale wypełniały ją, aż bulgotało i spływało obficie na niego. Kasia opadła do przodu, kutas wciąż w niej drgał.

Leżeli chwilę, dysząc. Potem on poruszył się — wciąż twardy. Odwrócił ją twarzą do siebie, wciągnął z powrotem i pocałował brudno, dzieląc smak. Dłonie rozchylały jej pośladki.

— Jeszcze nie koniec nocy — szepnął ochryple. — Wstań. Trzymaj się bębna. Będę rżnął cię stojąc, aż nogi ci się ugną. A potem na ręcznikach znowu. Aż prawie wstanie słońce. Chcę, żebyś rano nie mogła zejść po schodach bez myślenia o moim chuju.

Kasia skinęła. Oparła się o pralkę, rozchyliła uda. Marek stanął za nią, przyłożył śliskiego kutasa i wbił wolno, centymetr po centymetrze, patrząc w lustro. Złapał biodra i zaczął znowu — najpierw miarowo, potem coraz szybciej, brudniej. Dłoń wsunął z przodu, tarł łechtaczkę kciukiem.

— Szepcz — warknął. — Mów, co zrobimy, jak oni wyjdą.

— W kuchni… nad blatem — dyszała. — Albo w moim starym łóżku. Będziesz rżnął mnie w poduszkę, aż będę musiała gryźć materiał. Chcę twojej spermy w sobie cały dzień. Chcę, żeby spływało, kiedy siedzę naprzeciwko ojca. Kurwa, jesteś taki gruby… rozrywasz mnie…

On rżnął mocniej, pralka drżała, ich ciała kleiły się. Kasia czuła kolejną falę — ostrzejszą, niemal bolesną. Marek pochylił się do ucha.

— Jutro pod stołem wsunę ci palce — szepnął. — W tę samą cipkę. A ty będziesz siedzieć spokojnie. I jak tylko zostaniemy sami… wezmę cię znowu. Wszędzie.

Doszła na tych słowach z stłumionym krzykiem w jego dłoń. Zacisnęła się tak, że on syknął, ale rżnął dalej przez skurcze, aż wisiała na pralce, nogi miękkie. Wyciągnął się, odwrócił ją, posadził na krawędzi twarzą w twarz, uniósł nogi prawie na barki i wszedł znowu. Wolno, głęboko, patrząc w oczy.

— Jeszcze — sapnął. — Noc prawie się kończy, ale ja jeszcze nie skończyłem napełniać mojej pasierbicy. Chcę, żebyś rano czuła mnie przy każdym kroku.

Kasia oplotła go nogami, wciągnęła bliżej. — Rżnij aż do świtu. Napełniaj. Używaj. Jestem twoja właśnie dlatego, że nie wolno…

Zaczęli znowu — rytmicznie, twardo. Sperma i soki chlupotały. W lustrze spocone ciała, otwarte uda, kutas znikający w nabiegłej szparze. Marek przyspieszył, wbił się po jądra i oboje doszli razem — ona szarpiąc się skurczami, on pompując ostatnie, gorące fale tak obficie, że spływało po pralce na beton strumieniami. Drżeli spleceni, oddechy nierówne, serca walące.

Pierwsze szare światło wcisnęło się przez małe okienko piwnicy. Marek delikatnie wyciągnął się; resztki wylały się z niej. Wycierał ją starym ręcznikiem, całował skroń, sutki, usta — wolniej, niemal czule po całej tej dzikości. Pomógł jej wciągnąć koszulkę nocną. Bez majtek. Sperma nadal sączyła się po udach.

Weszli po cichu na górę osobno. Dom jeszcze spał. Kasia położyła się w swoim łóżku pachnąca nim, boląca, pełna. Zasnęła na godzinę. Potem alarmy, szum prysznica, zapach kawy.

Przy stole macocha kładła tosty, ojciec przeglądał telefon. Kasia usiadła ostrożnie, czując, jak cieknie z niej na krzesło. Marek nalał sobie kawę; ich spojrzenia starły się na sekundę i paliły. Rozmowa o pogodzie, o zakupach, o tym, że ojciec wraca późno. Pod stołem stopa Marka musnęła jej bosą stopę, potem wspięła się wyżej po łydce. Kasia wpiła zęby w policzek, żeby nie jęknąć. Macocha uśmiechała się niewinnie, podając dżem.

Kiedy ojciec wyszedł do garażu, a macocha poszła po torbę do sklepu, Marek przycisnął Kasię do lodówki w kuchni. Pocałunek był głodny, ręka wsunęła się pod koszulkę, palce znalazły mokre, obolałe wargi i wcisnęły się do środka bez oporu. Szepnął, że za godzinę wrócą do pralni albo do jej pokoju, że napełni ją znowu, że cała reszta wakacji należy do nich.

Drzwi od przedpokoju otworzyły się znowu. Macocha stała tam z torebką na ramieniu, kluczyki w dłoni, i patrzyła na nich spokojnie — na rękę Marka jeszcze pod koszulką córki, na opuchnięte usta Kasi, na fresk zakazanego pożądania, który właśnie się wydarzył. Uśmiechnęła się lekko, prawie czule.

— Wiedziałam od miesięcy — powiedziała cicho, jakby mówiła o pogodzie. — Czekałam, aż wreszcie to zrobicie. Pralnia jest wasza. Ja wracam wieczorem. — I wyszła, zamykając drzwi za sobą miękko, zostawiając ich samych z prawdą, która właśnie wywróciła cały zakaz na nice i sprawiła, że wszystko, co było brudne i skryte, stało się nagle czymś o wiele bardziej niebezpiecznym: wspólną, otwartą grą.

Rate this story

Thanks for rating
Tagged dirty-talk taboo teasing

Fresh filth, nightly

The best new stories in your inbox every morning. Free, 18+, unsubscribe anytime.