Przyjaciółka matki oddaje się jego kumplowi w pracowni
Marta (39), rozwódka, pozwala się ostro zerżnąć młodemu kumplowi Tomkowi (27) na oczach jej najlepszej przyjaciółki i jej męża
Mam 28 lat i nazywam się Bruno. Od jakiegoś czasu czuję to w kościach — moja żona Kasia, trzydziestodwulatka, z którą dzielę mieszkanie i te wszystkie nudne, przewidywalne noce, ma ochotę na coś ostrzejszego. Seks u nas od dawna wyglądał tak samo: lampka przygaszona, ja na wierzchu, ona z zamkniętymi oczami, cichy orgazm, który brzmiał bardziej jak westchnienie ulgi niż przyjemność. Coraz częściej łapałem jej spojrzenie na filmach, w których faceci byli grubsi, głośniejsi, mniej grzeczni. Czasem podczas seksu prosiła, żebym mówił brudniej, ale gdy próbowałem, oboje czuliśmy, że to gra, nie lust.
W piątek wieczorem przyjechała Marta. Trzydzieści dziewięć lat, rozwódka od trzech, najlepsza przyjaciółka Kasi od piętnastu lat. Zawsze pachniała drogimi perfumami i papierosami, które paliła tylko na balkonie. Tym razem nie przyjechała sama. W drzwiach stał Tomek — dwudziestosiedmiolatek z ramionami jak u kogoś, kto nie boi się ciężarów, krótkimi włosami i uśmiechem faceta, który wie, że damy na niego patrzą. Marta przedstawiła go jako „kumpla z siłowni, który pomaga mi się nie zanudzić”. Już przy powitaniu jej dłoń zostawała na jego przedramieniu o sekundę za długo.
Później zeszli do pracowni w piwnicy. To moje miejsce — stoły warsztatowe, puszki z farbą, stary fotel, lampy na wysięgnikach. Ja zostałam na górze z Kasą, niby ogarniając kolację, ale uszy miałem nastawione jak radar. Najpierw śmiech Marty. Potem niższy, pewny głos Tomka. Coś o „tych narzędziach, które pan domu trzyma dla siebie”. Kasia stała przy blacie, krojąca pomidory, i nagle odłożyła nóż.
— Słyszysz ich? — zapytała cicho.
Kiwnąłem. W spodniach czułem, jak mi twardnieje, i nienawidziłem tego. Wstyd palił policzki, a kutas i tak rósł, jakby sam chciał zejść na dół i patrzeć. Wyobrażałem sobie Martę opartą o stół, Tomka nachylonego nad nią, jej spódnicę podciągniętą. Serce waliło mi w gardle. Byłem frajerem, który siedzi na górze i słucha, jak w jego własnej pracowni ktoś obcy flirtuje z kobietą, która uśmiecha się do mojej żony jak do siostry.
Kasia odwróciła się. Zobaczyła, gdzie mam wzrok — w podłogę, ale tak naprawdę w dół, przez sufit, prosto w tę piwnicę. Zamiast się wkurzyć, podeszła i stanęła blisko. Jej oddech musnął mi ucho.
— Marta od dawna o tym fantazjuje — szepnęła. — O młodszym facecie. O tym, żeby dać się zerżnąć na czyichś oczach. Konkretnie… na twoich. Mówiła mi to po winie, pół żartem, pół serio. Że chciałaby, żebyś siedział i patrzył, jak ktoś inny robi jej to, czego ty byś się bał.
Patrzyłem na nią jak na obcą. Kasia, moja żona, mówiła to spokojnym głosem, a w oczach miała błysk, którego nie widziałem od lat.
— Chcę to zobaczyć, Bruno. Naprawdę.
Zeszliśmy razem. Drzwi do pracowni były uchylone. Lampa nad stołem rzucała żółte światło na bałagan z pędzli i skrzynek. Marta siedziała już na blacie, spódnica wciągnięta aż pod biodra, czarne stringi przesunięte na bok. Nogi miała szeroko rozchylone, stopy w szpilkach oparte o krawędź stołu. Tomek stał między jej udami, jedną ręką oparty o blat, drugą wolno głaskał jej cipkę. Palce błyszczały od jej soków. Marta miała głowę odchyloną do tyłu, usta uchylone, a gdy nas zobaczyła, nie zamknęła nóg. Uśmiechnęła się tylko, wilgotno i bezczelnie.
— Wiedziałam, że zejdziecie — powiedziała chrapliwie. — Tomek, pokaż im, jaka jestem mokra.
Tomek uniósł mokre palce. Światło złapało nitkę śluzu. Kasia wzięła mnie za rękę, pocałowała w policzek — sucho, czule, jakby dawała mi pozwolenie i jednocześnie zamykała drogę ucieczki.
— Chcę to zobaczyć, kochanie — powtórzyła głośniej. — Pozwól jej się oddać. Patrz.
Marta zsunęła się ze stołu na kolana tak płynnie, jakby ćwiczyła to w głowie sto razy. Ręce miała pewne: rozpięła Tomkowi jeansy, wyciągnęła kutasa. Był gruby, żyłowaty, już twardy, z kroplą preejakulatu na żołędzi. Marta obwiodła go językiem, spojrzała mi prosto w oczy i wzięła głęboko. Gardło pracowało, ślina spływała jej po brodzie, odgłosy ssania wypełniały piwnicę — mokre, głośne, bez wstydu. Co chwilę odsuwała się, żeby oblizywać trzon, i znów nabijała się ustami aż do nasady, dławiąc się lekko, a oczy wciąż wbite we mnie.
— Patrz na mnie, Bruno — mruknęła między pociągnięciami. — Patrz, jak ssę prawdziwego fiuta.
Kasia ścisnęła moją dłoń. Czułem, jak moje własne jądra ciągną się do góry, kutas w spodniach boli od napięcia, a jednocześnie coś we mnie kurczy się ze wstydu. Tomek trzymał Martę za włosy, nie szarpiąc mocno, tylko prowadząc. Gdy wyciągnął się z jej ust, nić śliny połączyła jej dolną wargę z jego żołędzią.
— Na stół — rozkazał spokojnie. — Tyłem.
Marta wspięła się z powrotem, oparła łokcie o blat, wygięła plecy. Tomek ściągnął jej stringi w dół, do kostek, rozsunął jej pośladki kciukami. Cipka była spuchnięta, różowa, błyszcząca. Wejście bez ceregieli — jednym pchnięciem aż po jaja. Marta krzyknęła krótko, potem jęknęła długo, nisko.
— Kurwa… o tak… jest o wiele większy niż twój mąż — rzuciła przez ramię, patrząc na mnie, nie na Tomka. — Czuć od razu. Rozpycha mnie, Bruno. Słyszysz, jak chlupie?
Tomek złapał ją za biodra i zaczął rżnąć solidnie, rytmicznie, ze skórą ud uderzającą o jej tyłek. Blat skrzypiał. Narzędzia na półce drżały. Marta jęczała z każdym pchnięciem, słowa mieszały się z oddechem:
— Głębiej… tak, pierdol mnie… Kasia, patrz, jak mnie bierze… twój Bruno stoi jak kołek i nawet nie wie, czy ma dojść w gacie, czy uciekać…
Kasia stała tuż przy mnie, nadal trzymając mnie za rękę, a drugą wolną dłonią wolno gładziła mi brzuch przez koszulę, coraz niżej, ale nie sięgając jeszcze paska. Jej oddech był nierówny.
— Nie odwracaj wzroku — szepnęła. — Chcę, żebyś widział wszystko.
Tomek przyspieszył. Jedną ręką sięgnął pod Martę, znalazł łechtaczkę, tarł ją kółkami w takt pchnięć. Marta zaczęła drżeć. Uda jej zesztywniały, stopy w szpilkach uniosły się na palcach. Doszła głośno, z przekleństwem, cipka zaciskająca się słyszalnie wokół kutasa Tomka, soki spływające po jej udach i na blat. Tomek nie zwolnił. Wbił się jeszcze kilka razy mocno, aż ona zaskomlała z nadwrażliwości, a potem wyciągnął się, kutas lśniący od niej, i oparł żołądź o jej spuchnięte wargi sromowe, tylko muskając.
— Jeszcze nie skończyłem z tobą — powiedział. — Chcę cię w innej pozycji. I chcę, żeby oni stali bliżej.
Marta odwróciła głowę, włosy przyklejone do spoconego czoła, usta czerwone, rozmazana szminka. Uśmiechnęła się do Kasi, potem do mnie.
— Chodźcie bliżej — sapnęła. — Bruno, podejdź. Kasia trzyma cię za rękę, więc nie uciekniesz. Zobacz z bliska, jak wygląda cipka po młodszym kutasie. I… — urwała, łapiąc oddech, gdy Tomek znów wsunął w nią tylko główkę, drażniąc. — I pozwól mu się… poznać, co jeszcze mogę wziąć, kiedy ty stoisz i tylko patrzyśz. Kasia powiedziała, że chcesz. Że ona też chce.
Kasia pociągnęła mnie o krok do przodu. Ciepło pracowni, zapach seksu, farby i kurzu mieszały się w nosie. Tomek wsunął się z powrotem głęboko, wolniej teraz, demonstrując każdą żyłę. Marta znów jęknęła, tym razem ciszej, bardziej gardłowo, i wyciągnęła rękę w stronę Kasi — nie po to, by ją odepchnąć, tylko by złapać jej wolne palce.
— Zostańcie — prosiła. — Nie kończcie tego. Chcę, żebyście zobaczyli, jak on mnie napełni. A potem… potem może Kasia powie ci, Bruno, czego od ciebie naprawdę oczekuje, kiedy ja będę jeszcze mokra na tym stole.
Tomek pochylił się nad jej plecami, całując kark, nie przestając powoli pompować. Jego wzrok spotkał się z moim — pewny, bez litości, ale też bez złości. Po prostu brał to, co mu podano. Kasia ścisnęła moją dłoń tak mocno, że poczułem jej paznokcie. W piwnicy było gorąco, moje serce waliło jak młot, a napięcie między nami czwórką rosło z każdym mokrym odgłosem, z każdym cichym „jeszcze” z ust Marty. Nic się jeszcze nie domknęło. Tomek dopiero rozkręcał, Marta dopiero otwierała się na więcej, a Kasia… Kasia patrzyła na mnie tak, jakby to dopiero był początek tego, na co czekała latami.
Tomek wsunął się w nią znów do końca i zatrzymał się głęboko, jakby chciał, żebym poczuł ciężar chwili na własnej skórze. Marta odetchnęła głośno, dłonie zaciskając na krawędzi blatu, a ja stałem bliżej, niż kiedykolwiek bym się spodziewał — tak blisko, że widziałem, jak jej wargi sromowe obciągają jego gruby trzon przy każdym milimetrowym ruchu. Kasia nie puszczała mojej ręki. Jej paznokcie wbijały się w moją skórę, a drugi dłoń wreszcie zsunęła się niżej, otworzyła mi pasek i wsunęła się do środka. Znalazła mnie twardego, obolałego, mokrego na czubku.
— Jesteś twardy jak kamień — szepnęła mi prosto do ucha, a w głosie nie było drwiny, tylko coś gorszego: czuła pewność. — Patrz, jak ją jebie. I nie odwracaj wzroku, bo ja cię trzymam.
Tomek wyjął się prawie całkowicie, tylko żołądź drwiła u wejścia, i wbił się z powrotem jednym długim, mokrym pchnięciem. Marta krzyknęła — krótko, chrapliwie — a potem roześmiała się przez zęby.
— Bruno… kurwa, Bruno, on rozpycha mnie tak, że czuję go w brzuchu. Twój mąż nigdy tak nie potrafił. Nigdy. Nawet blisko. Czuć każdą żyłę. Słyszysz, jak chlupie? To wszystko ode mnie. Dla niego.
Tomek złapał ją mocniej za biodra i ruszył solidnie, rytm regularny jak młot. Blat skrzypiał w takt, puszki na półce drżały, a ja patrzyłem, jak jego jaja uderzają o jej spuchnięte wargi. Każde uderzenie było głośniejsze od poprzedniego. Marta zaczęła mówić bez przerwy, jakby chciała, żebym nie miał chwili na ucieczkę w myślach.
— Kasia… twoja Kasia… ona od lat mi opowiada, jak grzecznie się rżniecie. Lampka, cisza, szybki finisz. A ja chciałam, żebyś wreszcie zobaczył, jak wygląda prawdziwe jebanie. Żebyś stał i brał to w twarz. Tomek, pokaż mu. Nie oszczędzaj mnie.
Tomek posłuchał. Przyspieszył, skóra o skórę, mokry dźwięk wypełniał całą pracownię. Jedną ręką sięgnął pod nią znowu, rozmasował łechtaczkę kciukiem, a drugą wplótł w jej włosy i przygiął jej twarz bliżej blatu. Marta doszła drugi raz szybko, głośniej, z drżeniem, które przeszło jej przez uda aż do szpilek. Cipka zacisnęła się na nim słyszalnie, soki spłynęły po jego jądrach i kapały na podłogę między nogami stołu. Nie zwolnił. Wbił się jeszcze kilka razy, aż ona sapnęła z nadwrażliwości i poprosiła chrapliwie:
— Wyjmij… na chwilę… chcę zmienić… chcę na plecach. Chcę patrzeć Bruno w oczy, kiedy będziesz mnie napełniał.
Tomek wyciągnął się z niej. Kutas lśnił od jej soków, gruby, żyłowaty, żyła na spodzie pulsowała. Odwrócił Martę na blat, uniósł jej nogi, założył je sobie na ramiona. Szpilki błysnęły w żółtym świetle lampy. Cipka była otwarta, różowa, rozjechana, wciąż drżąca. Wszedł z powrotem jednym ruchem i zabrał się do roboty wolniej, demonstrując każdą calówkę. Marta wyciągnęła rękę i złapała Kasie za nadgarstek, przyciągając nas jeszcze bliżej — tak blisko, że czułem ciepło ich ciał i zapach seksu mieszający się z farbą i kurzem.
— Dotknij mnie — sapnęła do Kasi. — Poczuj, jaka jestem pełna.
Kasia, nie puszczając mojego kutasa w spodniach, drugą dłonią zsunęła się między ich połączone ciała. Palce musnęły miejsce, gdzie Tomek wchodził i wychodził. Zobaczyłem, jak jej oczy ciemnieją. Potem uniosła mokre palce i bez słowa potarła mi nimi dolną wargę. Posmakowałem Martę — słoną, ostrą, obcą.
— Widzisz? — szepnęła Kasia. — To smak kobiety, którą bierze ktoś inny. W twojej pracowni. Na twoim stole. I ty stoisz i tylko patrzysz, bo ja tak chcę.
Tomek nachylił się nad Martą, całując jej piersi przez bluzkę, gryząc lekko sutek przez materiał, nie przestając pompować. Marta wplotła mu palce we włosy i patrzyła na mnie przez ramię Tomka, uśmiechnięta, rozmazana, bezlitosna.
— Powiedz mu, Kasia — jęknęła. — Powiedz wreszcie, czego od niego oczekujesz. Żebym słyszała. Żeby on słyszał, jak jestem pełna tego fiuta.
Kasia ścisnęła mnie mocniej, kciuk musnął żołądź przez majtki. Jej głos był spokojny, prawie czuły, a przez to gorszy.
— Chcę, żebyś oglądał do końca, Bruno. Chcę, żeby Tomek wlał w nią wszystko. Chcę, żebyś widział, jak spływa z niej, kiedy on skończy. A potem… potem chcę, żebyś klęknął i posprzątał. Językiem. Żebym wiedziała, że potrafisz być grzeczny, kiedy twoja żona i jej przyjaciółka decydują, kto tu naprawdę jebie. I żebyś nie przychodził do mnie z tym swoim grzecznym seksem, dopóki nie zrozumiesz, że ja też mogę chcieć takiego samego traktowania. Że mogę chcieć, żeby ktoś inny rozpychał mnie na twoich oczach. Że ty masz stać i trzymać mnie za rękę, dokładnie tak jak teraz.
Słowa wbiły się we mnie głębiej niż cokolwiek, co robił Tomek. Czułem, jak moje jądra ciągną się do góry, jak blisko jestem, choć nikt mnie nie pieścił porządnie — tylko ta dłoń Kasi i ten widok. Marta jęknęła głośniej, usłyszawszy to.
— Tak… kurwa, tak… Bruno, słyszysz? Twoja żona właśnie ci powiedziała. A ja dam ci to zobaczyć. Tomek, napełnij mnie. Chcę, żeby spłynęło po mnie, kiedy on stoi metr stąd.
Tomek zmienił kąt, uniósł jej biodra wyżej i zaczął rżnąć solidnie, głęboko, bez litości. Blat dudnił. Marta krzyczała już otwarcie, słowa mieszające się z jękami: „głębiej”, „pierdol”, „napełnij”, „Bruno patrzy”. Kasia wciąż trzymała mnie za kutasa, powoli suwając dłonią, nie na tyle, żebym doszedł, tylko na tyle, żebym czuł każdy impuls i nie mógł uciec. Jej oddech był gorący przy mojej szyi.
— Nie zamykaj oczu — powtórzyła. — Chcę, żebyś widział, jak spływa.
Tomek sapnął głośniej, rytm stracił precyzję. Wbił się po jaja, przycisnął się do Marty i doszedł w niej — długie, głębokie pchnięcia, ciało napięte, niski ryk z gardła. Marta wygięła się łukiem, przyjęła wszystko, cipka pulsowała wokół niego, a kiedy on powoli wyciągnął się z niej, gęsta, biała struga spłynęła zaraz za żołędzią, po jej wargach, po pośladku, na blat. Kolejna kropla. I jeszcze. Marta leżała z rozchylonymi nogami, oddychając ciężko, uśmiechnięta do mnie mokrymi ustami.
— Podejdź — sapnęła. — Blisko. Zobacz.
Kasia pociągnęła mnie o krok. Stałem nad stołem, nad rozjechaną, pełną cipką Marty, nad kałużą na blacie. Zapach był gęsty, zwierzęcy. Tomek otarł kutasa o wewnętrzną stronę jej uda i odsunął się o pół kroku, spoglądając na mnie bez litości i bez wstydu — po prostu czekając, co zrobimy.
Kasia puściła moją dłoń tylko po to, by położyć mi obie dłonie na ramionach i delikatnie, ale stanowczo nacisnąć w dół.
— Klęknij, kochanie — powiedziała cicho. — Zrób to, o co prosiłam. Żebym widziała. Żeby Marta widziała. Żebyś ty wreszcie poczuł, gdzie jest twoje miejsce, kiedy twoja żona chce czegoś ostrego.
Uklęknąłem. Kolana na zimnej posadzce pracowni. Twarz centymetry od mokrej, rozwartej cipki Marty, od białego, które z niej powoli wyciekało. Serce waliło mi w uszach. Wstyd palił twarz, a kutas w otwartych spodniach drgał, nie prosząc o litość. Marta uniosła się na łokciach, wplotła mi palce we włosy — delikatnie, prawie czule — i przyciągnęła mnie bliżej.
— Liż — szepnęła. — Posprzątaj po nim. I nie spiesz się. Chcę, żebyś czuł każdy smak. Żebyś wiedział, że to nie twoje. Że to jego. A Kasia stoi i patrzy, jak jej mąż czyści przyjaciółkę po młodszym kutasie.
Dotknąłem językiem. Słone, gorące, gęste. Marta jęknęła od razu, biodra uniosły się lekko. Kasia stała za mną, dłoń na moim karku, drugi wciąż w moich spodniach, wolno gładząc, kontrolując. Tomek obserwował, oparty o stół, wciąż twardy. Marta trzymała mnie za włosy i prowadziła, a ja liżałem — wargi, wejście, to, co spływało — i z każdym pociągnięciem języka coś we mnie pękało i układało się na nowo.
Kasia nachyliła się do mojego ucha, kiedy język miałem jeszcze w Marcie.
— To dopiero początek, Bruno. Następnym razem to ja będę na tym stole. I ty znowu będziesz klęczał.
Marta doszła trzeci raz od samego liżenia, zaciskając uda lekko wokół mojej głowy, soki i nasienie mieszające się na moim języku i brodzie. Kiedy wreszcie puściła, odsunąłem twarz. Kasia uniosła mnie za podbródek, pocałowała w usta — głęboko, smakując to samo — i uśmiechnęła się do mnie tak, jak nigdy wcześniej.
Tomek zapiął jeansy. Marta zsunęła się ze stołu na miękkich nogach, poprawiła spódnicę, nie zakładając stringów. Spojrzała na nas troje i zaśmiała się cicho, zadowolona.
— Zostawię wam bałagan — rzuciła. — I wspomnienie. Kasia, zadzwoń, jak będziesz gotowa na swoją kolejkę. Bruno… dziękuję, że patrzyłeś. Naprawdę.
Wyszli razem po schodach. Zapach seksu został. Kasia stała przede mną, wciąż z dłonią na moim kutasie, i powoli, bardzo powoli doprowadziła mnie do orgazmu — w ciszy, patrząc mi w oczy, kiedy spłynąłem jej na dłoń w swojej własnej pracowni, na kolanach, z brodą wciąż wilgotną po jej przyjaciółce.
Potem otarła dłoń o mój policzek i szepnęła tylko jedno zdanie, które domknęło wszystko.
Nigdy już nie będziesz jebać swojej żony tak, jakbyś był jedynym mężczyzną, który ma do niej prawo.
Rate this story
Coś nie tak z tą historią?
Popular Collections
Browse Categories